Z miasta

Masa krytyczna – felieton Tomasza Pstruchy

Jakoś nie potrafię podzielić rozgoryczenia i głębokiej niechęci mojego felietonowego sąsiada do Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu. A niech sobie gadają i konferują ci politycy i eksperci. Pewnie, że niewiele z tego wynika oprócz bicia piany. Oni i tak nie rozwiążą problemu zawalonych samochodami ulic, dopóki nie zmuszą ich do tego ludzie. Tak, tak, sami ludzie muszą zechcieć wziąć sprawy w swe ręce. Wkurzyć się i powiedzieć: basta!

Dopiero gdy sami mieszkańcy ockną się z letargu i wykrzyczą politykom prosto w twarze, że chcą miast, gdzie wygodne deptaki zastąpią zakorkowane trzypasmówki i gdzie wszędzie można bez trudu dotrzeć komunikacją miejską, będzie można liczyć na jakąkolwiek zmianę. Czy ten dzień nadejdzie?

Wydaje mi się, że zbliża się nieubłaganie. Potrzebna jest tylko odpowiednia masa krytyczna.

Kiedyś to rowerzyści celowali w eventy w rodzaju masy krytycznej. Setki lub tysiące rowerzystów wjeżdżających do centrów miast pod hasłem „My nie blokujemy ruchu, my jesteśmy ruchem”. Dzisiaj taką masę krytyczną tworzą kierowcy.

Z tą różnicą, że z wolna w miastach stają się bezruchem.

Kiedy wszyscy w końcu staną w korku po horyzont, zaczną się dziać rzeczy jak w filmie „Upadek”. Frustracja sięgnie szczytu i z lewarkami, kluczami francuskimi czy czymkolwiek co będzie pod ręką przystąpią do szturmu. Już teraz widzimy narastającą frustrację – motocyklista manewrujący sprawnie w korku czasem obrywa drzwiami lub błotnikiem samochodu. A co, dlaczego cwaniaczek ma dojechać na czas, a my nie? Wiem, że Tomasz Tosza ma pełną świadomość, iż ten dzień drogowego Armagedonu wkrótce w aglomeracji śląskiej nastąpi. Bo studium transportowe jej wschodniej części zna najprawdopodobniej na pamięć, a tam ta samospełniająca się przepowiednia została wyliczona.

Rzeczywiście Europejski Tydzień Zrównoważonego Transportu w większości polskich aglomeracji przypomina pudrowanie nabrzmiałego pryszcza. Ropnego „syfa” na obliczu miast, bo tym właśnie są zakorkowane ulice, zdychająca komunikacja miejska i smród spalin. Realne działania zastępowane są przez morze słów i idei, jak mogłoby być dobrze gdyby… Gdyby po prostu wziąć się do roboty!

Najgorsze jest jednak to, że wydarzenia związane z ETZT nie są kreowane przez samych mieszkańców, lecz pozostają domeną polityków, którzy chcą się przy tej okazji wypromować. Gdzie przedsiębiorcy, organizacje pozarządowe i ruchy miejskie?

W takim Dublinie podczas ETZT odbywa się staraniami społecznych aktywistów „Dublin PARK(ing) Day” – wszystkie miejsca parkingowe wzdłuż ulic zajmowane są przez artystów, performerów, architektów, a nawet farmerów. Dzięki ich zaangażowaniu miejsca parkingowe zmieniane są w maleńkie, kwietne mikro-ogródki, przestrzenie wystawiennicze, mikro-sceny, placyki gier i zabaw. To nie mądre konferencje, ale właśnie takie działania otwierają ludziom oczy na to, jak mogłoby wyglądać ich miasto, gdyby nie wszechobecność samochodów.

Dublin wydaje się stosunkowo tłocznym miastem, kiedy się po nim poruszamy samochodem, ale na tle innych wypada jednak całkiem nieźle. Według indeksu INRIX 2017 (światowy indeks ruchu ulicznego), mieszkańcy stolicy Irlandii (populacja na poziomie 0,5 mln) spędzają w ulicznych korkach średnio 31 godzin łącznie w ciągu roku. Sporo, czyż nie? Według tego samego indeksu w Krakowie łączny roczny czas spędzony w korkach, to 36 godzin!

Ale w Dublinie firmy zrzeszone w Izbie Gospodarczej w marcu bieżącego roku stwierdziły, że korki zabijają ich biznes. Badania, które zleciła Izba wykazały, że w 73% spośród zrzeszonych firm odnotowuje się znaczny spadek obrotów i wyników finansowych przez korki. Dublińska Izba Gospodarcza natychmiast po tym wystosowała do rządu oraz magistratu zdecydowane żądanie przyspieszenia wykonania projektów transportowych – poprawy połączeń tramwajowych, wykonania wreszcie planowanego metra, rozwoju sieci dróg rowerowych i systemu park&ride. Przedsiębiorcy nie zażądali budowy dodatkowych pasów ruchu czy parkingów. Zażądali usprawnienia systemu komunikacji publicznej! Jakże inaczej niż u nas w Polsce.

W biznesie czas to pieniądz. Trzeba tylko chcieć i umieć to obliczyć. U nas mało kto zaprząta sobie tym głowę. W roku 2016 spróbowali to zrobić audytorzy z Deloitte w raporcie o korkach w 7 największych miastach Polski. Wyszło im, że…

… roczny koszt korków dla kierowców w roku 2015 wyniósł np. w Warszawie prawie 4 tys. zł, w Krakowie 3,4 tys. zł, a w Katowicach 2,3 tys. zł.

Jakie są straty przedsiębiorców, nie wiadomo.

Jestem realistą. Dopóki do świadomości ludzi – mieszkańców, przedsiębiorców – nie dotrze, że tracą realne pieniądze w korkach, dopóty nie zostanie osiągnięta symboliczna „masa krytyczna”, której przestraszą się politycy.

No chyba, że zmieni się model gospodarki i spora część z nas zacznie wykonywać swą pracę zdalnie z domu… Czego wcale nie wykluczam, spoglądając na trendy światowe.

Tomasz Pstrucha

Polecamy: Tydzień „picu i fotomontażu” – felieton Tomasza Toszy

Najnowsze

To Top