Z miasta

Nocna Jazda Bez Celu ugrzęzła we własnym korku – felieton Tomasza Toszy

– Tomek, ty wiesz co to za korek od Galeny do Rogatki się zrobił? – wyrwał mnie telefon w środku ciemnego wieczora, w sobotę, w „dniu bez samochodu”. Od kolegi. Parsknąłem śmiechem: – Wiem, Nocna Jazda (samochodem) Bez Celu po Jaworznie. Zapowiadaliśmy to na JaworznoPL, ale nie sądziłem, że SAMI SOBĄ korek zrobią. Ot, kontrrewolucja transportowa, która nie ma prawa się udać. Tu przypomniała mi się anegdotka – dzwoni żona z drogi do męża. – Spóźnię się. Korki – tłumaczy. – A duże te korki? – on pyta. – Nie wiem, pierwsza jestem.

Bynajmniej nie jest to wcale tak do końca śmieszne. Bo to najprawdziwsza prawda. Jednak. Korek nie jest bowiem zjawiskiem bezosobowym. Korek tworzą samochody. Nie ulice, nie skrzyżowania, nie rowerzyści ani piesi. Korki tworzą samochody. Czyli jak można zlikwidować korki? Ujmując samochodów.

A możesz poszerzyć ulice? Nie działa. Sprawdzili w Los Angeles. Poszerzali tak, że 70 proc. powierzchni miasta to ulice i parkingi (na każde auto przypada 8 miejsc postojowych – sic!) i mają największe korki na świecie. Taki paradoks.

Ale wracając do Nocnej Jazdy Bez Celu (samochodem)… Pozazdrościli. Na ostatnim Night Bikingu było prawie półtora tysiąca ludzi na rowerach. Potęga. Rozrywkowy peleton przetoczył się nocą przez miasto w akompaniamencie muzyki, trąbek, dzwonków. Dzieciaki „uchachane”, dorośli uśmiechnięci. Stworzyła się społeczność fajnych ludzi. Więc jak nie zazdrościć takiej wspólnoty i przyjemności bycia razem. Mamy to w genach, że lubimy przynależeć do jakiegoś plemienia. Setek tysięcy lat ewolucji społecznej nie da się gumką wymazać. Plemię nocnych pedalarzy jest wciągające, skoro ciągle jest ich więcej i więcej.

Tylko że autem można być plemieniem dwa razy. Na pierwszym parkingu i na ostatnim parkingu. I wcale to nie wygląda tak jak na „Szybkich i wściekłych”, bo i auta nie te, i kierowcy nie tacy, a dziewczyny w takich miniówkach nie defilują w dymie palonych gum. Zjechało się parę autek nisko zwieszonych, beemek starszych niż ich właściciele, tuning raczej wiejski niż czaderski. Ale ja tych gustów nie ogarniam. Może to jest i fajne. Nie znam się. Ba, dziwakiem jestem, bo uważam, że chwila moment i multipla to będzie klasyk. I że Tesla jest seksi.

Nawet sami uczestnicy tego samochodowego przedsięwzięcia dostrzegają drobne wady… „już pierwszy błąd z waszej strony, to sama trasa, jest zbyt krótka, zbyt dużo jazdy po mieście, czemu nie jakiś trip paręnaście km od Jaworzna, spot jako przerwa i powrót choćby pod Carrefour? Osobiście na tak krótką trasę nawet bym się nie wybierał, jeżeli będzie chociażby 30 aut, to już będzie kłopot, bo jazda po mieście, bo ktoś wjedzie, bo ktoś będzie chciał się popisać i przyp…doli w innego…”

Nie wróżę samochodowej inicjatywie jakiegoś pasjonującego sukcesu. Ulic w Jaworznie, na których można by poszaleć ubywa. Mody niesione z Zachodu wybrzmiewają…

W Niemczech posiadanie samochodu dla młodego człowieka coraz częściej jest obciachem. Masz auto, znaczy należysz do jakiejś niższej klasy, że musisz. Znaczy mieszkasz w kiepskiej dzielnicy. Znaczy, że nie szanujesz matki planety.

Modne są singlespeedy, albo podrasowane kolarzówki sprzed pół wieku na mufowanych rurach, nisko osadzone cruisery, albo kompletnie odpalone customy z garażowych manufaktur. To już jest styl życia, demonstracja wolności. Prawdziwej wolności. Nie takiej jaką nam sprzedają koncerny motoryzacyjne pokazując swoje samochody na pustych miejskich ulicach.

Przesadzam? Może odrobinę, tak dla potrzeb felietonu. Ale tego samego dnia byłem w Opolu na zaproszenie miejskich aktywistów. Zobaczyłem tam motoryzacyjny dziki wschód. Piękne miasto, ze świetną urbanistyką i potencjałem bycia miejscem przyjemnym do życia zepsute przez samochodozę. Ale tam nikt ludziom nie daje alternatyw – komunikacja podmiejska słaba, miejska słaba, infrastruktury dla rowerów brak, na rynku wielki parking dla aut. W mieście trochę większym niż nasze. Przykro patrzeć jak duszą się się od tego autkowego bogactwa.

Ale przekonany jestem, że mieszkańcy Jaworzna wolą upodobnić nasze miasto do Groningen albo Karlskrony niż do Opola, Woroneża czy innego Magnitogorska.

Tomasz Tosza

Polecamy: Samochód jednak czasem jest potrzebny – felieton Tomasza Pstruchy

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top