Z miasta

Samochód jednak czasem jest potrzebny – felieton Tomasza Pstruchy

Uwielbiam znęcanie się Tomasza Toszy nad „puszkarzami”. Wdzięcznie acz bezlitośnie nasz „Apostoł Nowej Mobilności” z wysokości rowerowego siodełka wbija samochodziarzom szpilę prosto w miski olejowe. Bo w Niemczech, bo w Danii, bo w Holandii to wstyd mieć samochód. Niestety żyjemy w komunikacyjnie przaśnej Polsce, gdzie – wstyd przyznać – transport publiczny kolejowy i regionalny, wydaje się gorszy niż za czasów komuny. Ehrrr… z trudem przeszło mi przez klawiaturę napisanie tego zdania.

Takie praktyczne ćwiczenie. Zaplanujmy rodzinną wycieczkę z Jaworzna do urokliwego Parku „Dolinki Krakowskie”. Choćby do jednej z najpopularniejszych – Doliny Będkowskiej. Raptem 30 km w linii prostej od centrum Jaworzna. Jest jeden haczyk… pojedźmy komunikacją publiczną.

Najlepiej byłoby dotrzeć do Brzezinki, bo to już krok do wylotu doliny. Niestety żaden z internetowych „planerów” nie da nam odpowiedzi, jakimi środkami komunikacji możemy się tam dostać z Jaworzna czy Chrzanowa. Doskonale – dodatkowa rozrywka umysłowa, zaplanujemy sami. Pojedziemy około ósmej autobusem PKM do Szczakowej i wsiądziemy do pociągu. Cel – Krzeszowice lub Zabierzów. Odjazdy o 8:29 (TLK) i 8:48 (PolRegio). Kolejny kurs dopiero o 12:31. Fajnie, że jedziemy rankiem – dłużej nacieszymy się wspaniałą wycieczką z dziećmi.

W Krzeszowicach znajdziemy się około 9:30, bo na pokonanie 30 km pociąg pospieszny potrzebuje godziny. I dobrze, że tak wolno i bezpiecznie jedzie. Dzięki temu trafiamy do Krzeszowic dokładnie w połowie dwugodzinnej „komunikacyjnej dziury” w kursowaniu autobusu linii 278 MPK Kraków, który dowiezie nas do Brzezinki. Czekamy tylko godzinę do 10:35 (super, dzieci mają czas na siusiu i drugie śniadanie), a w ciągu kolejnej pół godziny docieramy do Brzezinki. Jest godzina 11:06. Sukces – dojazd zajął nam tylko 3 godziny. Ups, zapomniałem dodać, że to dzień powszedni. W weekend dotrzemy na miejsce dopiero o 12:26 – dziury komunikacyjne są bowiem dłuższe. Cholera, wypadałoby już wracać, żeby zdążyć przed dobranocką. Obawiam się, że nasi pradziadkowie byli szybsi wykorzystując „mobilność furmankową”.

Ale po co tłuc się pociągami i autobusami?! Przecież możemy użyć „cudownego urządzenia teleportacyjnego zasilanego siłą ludzkich mięśni” – roweru, znaczy się. Będzie przynajmniej zdrowiej i staniemy się częścią wielkiego plemienia „pedalarzy”. Trzeba będzie tylko przekonać 7-latka, żeby pokonał około 80 km w obie strony. – Dajesz Młody, musisz być twardy! Jesteśmy przecież forpocztą rewolucji transportowej! – Młody z pewnością zrozumie i zaciśnie zęby.

Co tam rodzinna wycieczka w Dolinki Krakowskie. Zaproponujmy rower również jaworznickim górnikom, którzy pracują na „Ziemowicie” w Lędzinach. Siedzą jak te krety pod ziemią i ryją całą dniówkę. Niech chłopy po szychcie się dotlenią i zażyją trochę słoneczka. Kilkanaście kilometrów na rowerze dobrze im zrobi po robocie. W całej cywilizowanej Europie to wstyd mieć samochód i stamtąd przychodzi moda na „podrasowane kolarzówki”. Niechże górnicy tworzą radosny i modny peleton na podrasowanych kolarzówkach – będzie malowniczo. Doznają wreszcie poczucia prawdziwej wolności. Wolą dojazd do Tychów samochodem? Nie może być?! Dziwni jacyś kontrrewolucjoniści.

Oczywiście na potrzeby felietonu doprowadzam sytuację do absurdu.

W dużej rozciągłości zgadzam się z Tomaszem Toszą, bo promuje idee, które świetnie się sprawdzają w najlepiej rozwiniętych krajach Europy Zachodniej. Skoro działają tam, dlaczego nie miałyby działać również u nas? Ano właśnie. Polska rzeczywistość trochę nie nadąża za wspaniałymi ideami. Teoria brzmi znakomicie – zwłaszcza jak się ją trochę „podkręci” na rowerowych pedałach – lecz strome schody zaczynają się kiedy bez samochodu chcielibyśmy dotrzeć z konkretnego punktu A do konkretnego punktu B.

Trudno mówić o nowej mobilności, gdy mamy braki w podstawach mobilności z XIX w. – czyli choćby połączeniach kolejowych.

Co do grupowej Nocnej Jazdy Bez Celu, uważam ją za beznadziejny idiotyzm. „Kultura samochodowa” w swoim założeniu jest skrajnie indywidualistyczna. Pamiętamy przecież Kowalskiego – outsidera i samotnika – pędzącego Dodgem Challengerem w „Znikającym punkcie”. To jest kwintesencja obrazująca mit drogi, samochodu i wolności (możliwy tylko w Ameryce, gdzie nawet teraz benzyna kosztuje nie więcej niż 2,70 zł za litr).

Przednia szyba samochodu hipnotyzuje niczym kinowy ekran. Obserwujemy rzeczywistość przelatującą przed oczyma, ale nie wchodzimy z nią w interakcję. To łechce nasze voyeurystyczne instynkty. Jako introwertykowi, te grzeszne przyjemności nie są mi obce. Tym większą bzdurą wydają mi się masowe, samochodowe spędy, bo stanowią antytezę tego, co w motoryzacji było najprzyjemniejsze. Przed laty, gdy dało się jeszcze znaleźć odcinki pustych dróg.

Tomasz Pstrucha

Polecamy: Nocna Jazda Bez Celu ugrzęzła we własnym korku – felieton Tomasza Toszy

Najnowsze

To Top