Polecamy

Miasto to zawsze eksperyment – felieton Tomasza Pstruchy

Ehhh…, gdyby wszystko było tak proste i oczywiste jak pisze Tomasz Tosza, to żylibyśmy w krainie szczęśliwości. Gdyby we wszystkich miastach recepta na rozwój i dobre życie wyglądała podobnie, to nie byłoby sensu wyborów. Urząd piastowaliby nieprzerwanie ci, którzy taką jedyną i nieomylną receptę posiadają, a miasta stałyby się identyczne. Miasta się jednak różnią, różnią się też sami mieszkańcy. Niby wszyscy jesteśmy tacy sami, ale nawet w dyskusjach dostrzegamy jak inni – odmienni. Sprowadzanie wszystkich do jednego mianownika i serwowanie tego samego „menu” jest przykładem myśli totalizującej. Nacechowanej ideologią.

Nie wiem dlaczego Lubawski po 16 latach sprawowania urzędu przegrał wyścig o fotel prezydencki w Kielcach. Faktycznie budował. Budował dużo i w stopniu nieporównywalnym zmienił Kielce. Począwszy od rewitalizacji śródmieścia, poprzez budowę nowych dróg czy jednego z najnowocześniejszych stadionów w Polsce, a skończywszy na Kieleckim Parku Technologicznym, gdzie siedzibę znalazło ponad 200 nowych firm. Można zatem rzec, że robił wszystko zgodnie z „regułami sztuki”. I przegrał w drugiej turze z Bogdanem Wentą – jednym z najwybitniejszych zawodników i trenerów w historii polskiego „szczypiorniaka”.

Mam podejrzenie, że przegrał nie dlatego, że Kielce okazały się „kolejnym nieudanym eksperymentem”, lecz dlatego, że po raz pierwszy miał z kim przegrać – pojawił się popularny i przyciągający ludzi kontrkandydat. Ponadto Kielce, mimo olbrzymich zmian, nadal wizerunkowo nie wyrugowały stereotypu krainy „scyzoryków” – a mieszkańcy nie czują się szczególnie dumni ze swego miasta. To miejsce, z którego wykwalifikowani pracownicy uciekają do Warszawy lub Krakowa, bo tam mogą znaleźć pracę za dwu- lub trzykrotność stawki kieleckiej. Były w końcu miastem z władzami, które nie potrafiły rozmawiać z ruchami miejskimi i organizacjami pozarządowymi. Sam Lubawski przyznawał, że podchodzi do nich nieufnie, wyczuwając ukrytą „interesowność”. Wydaje mi się, że to nie projekty i urbanistyka zawiodły, lecz „miękkie czynniki” społeczne w postaci nieumiejętności budowania wspólnoty i tożsamości miejsca.

Bo spójrzmy na Gliwice. Zygmunt Frankiewicz, rządząc już 25 lat (absolutny rekord!), popełnił większe nawet grzechy przeciwko ideom tzw. „nowej urbanistyki”. Zlikwidował w Gliwicach tramwaje (a były najlepszym środkiem komunikacji w mieście), przeorał zwartą tkankę śródmieścia koszmarem Drogowej Trasy Średnicowej, wybudował olbrzymim kosztem monumentalną (by nie powiedzieć megalomańską) Arenę „Gliwice” i uczynił to na terenach zalewanych podczas powodzi przez Kłodnicę. Sam Tomasz Tosza pisał niedawno, że Gliwice wyludniają się w nieprawdopodobnym tempie, a ich rynek w weekendy stał się opustoszały. I co? I Frankiewicz wygrywa w pierwszej turze z wynikiem 72% poparcia. A zatem podręczna teoria o niewątpliwych przewagach pewnych polityk miejskich nad innymi w konfrontacji z wyborczymi realiami nie do końca się sprawdza. O wynikach wyborów decyduje splot niezliczonych, lokalnych czynników.

Nic mnie też bardziej nie denerwuje, jak opluwanie modernizmu. Modernizmu, którego idee nigdzie nie zostały w pełni zrealizowane (a już na pewno nie w Kielcach). Zły modernizm, nieludzki modernizm? Tylko kto teraz projektuje osiedla mieszkaniowe tak, jak to robili np. Oskar i Zofia Hansenowie? Kto to robi, jak Buszko i Franta w przypadku katowickiego „Tysiąclecia”? W pierwotnym planie zawarto dwie szkoły podstawowe, cztery przedszkola, żłobek, pawilony handlowe, odrębne i spójne ciągi komunikacyjne, a także mnóstwo zieleni i przestrzeni rekreacyjnych. Czyli wszystko co najbardziej potrzebne w pieszym zasięgu mieszkańca. Oczywiście już w latach 70-tych to co było najlepsze w pierwotnym „Tauzenie” zepsuto – i to już nie jest modernizm.

Dzisiaj pakuje się gęsto bloczyska (lub bloczyska udające, że nimi nie są) i zagęszcza liczbę mieszkań, bo to decyduje o zarobku dewelopera. Po co zieleń, po co place zabaw, po co pawilony handlowe czy cokolwiek innego – na tym się nie zarabia. Na tym się traci, bo to „marnotrawstwo” terenu, gdzie można wcisnąć jeszcze jedno bloczysko. Nie buduje się prawdziwych osiedli dla ludzi, lecz skupiska – „żyjnie” bez zaplecza.

Tomasz Tosza często wskazuje, że skalą wszystkiego w mieście powinien być człowiek – podobno to „odkrycie” tzw. nowej urbanistyki. Czyżby? „Wymiarowanie wszystkich elementów w układzie miasta nie powinno być inaczej realizowane, jak tylko według skali człowieka” – czytamy w Karcie Ateńskiej z 1933 roku, która była manifestem modernizmu! Proste hasło „Światło, przestrzeń, zieleń” przyświecało natomiast „papieżowi modernizmu” Le Corbusierowi.

Modernizm wskazał również, że współczesny rozwój miast ma przyczyny ekonomiczne (obecnie również technologiczne). Był zatem świadomy ciągłych zmian i na te zmiany otwarty. Bo miasto musi się dynamicznie dostosowywać do zmieniających się warunków.

Nie wydaje mi się, by była jedna właściwa recepta dla wszystkich miast. Każde musi iść swoją drogą, zgodnie z własnymi uwarunkowaniami. I w każdym przypadku jest to swoisty, niepowtarzalny eksperyment.

Tomasz Pstrucha

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top