Z miasta

Szczyt klimatyczny w cieniu „żółtej kamizelki” – felieton Tomasza Pstruchy

fot. KRIS AUS67 – wikipedia

„Nie mają chleba? Niech jedzą ciastka” – miała powiedzieć Maria Antonina na wieść o głodującym ludzie Francji niedługo przed wybuchem Wielkiej Rewolucji Francuskiej. „Zmień pracę, weź kredyt” – powiedział prezydent Bronisław Komorowski młodemu człowiekowi tuż przed wyborami prezydenckimi, które przegrał. Emmanuel Macron – prezydent Francji – po zapowiedzi podwyżek podatków na paliwa stwierdził, że Francuzi powinni kupić nowe, oszczędniejsze i spełniające normy ekologiczne samochody. Ale widząc, że lud nie ma ochoty na te „ciastka”, ze strachu przed „żółtymi kamizelkami” zmienił front. W poniedziałek wycofał się z podwyżki i zapowiedział podniesienie płacy minimalnej o 100 euro od 1 stycznia 2019 roku. Ceny paliw miały wzrosnąć o… 3 eurocenty za litr benzyny i 6,5 eurocenta za litr oleju napędowego, a lud Francji był bliski wzniecenia kolejnej rewolucji.

Ile obecnie wynosi płaca minimalna we Francji? Miesięcznie to 1.498 euro, czyli 6.444 zł według aktualnego kursu. Minimalna! Średnia płaca wysoko wykwalifikowanych pracowników wynosi 3.120 euro (13.422 zł miesięcznie), a pracowników nisko wykwalifikowanych 1.610 euro (6.926 zł).

Żeby było ciekawiej dodam jeszcze stawkę zasiłku dla bezrobotnych. Aczkolwiek to nie jest łatwa sprawa, gdyż jego wysokość oblicza się na podstawie dochodów z ostatnich 12 miesięcy pracy. Zasiłek nie może być większy niż 75% dotychczasowych poborów. Ale z drugiej strony nie może być mniejszy niż stawka 29,06 euro dziennie. Czyli zasiłek dla bezrobotnego we Francji wynosi minimalnie 871 euro miesięcznie.

A ile wynosi minimalna płaca w Polsce? To 2.100 zł miesięcznie brutto, czyli około 1.530 zł „na rękę” – niespełna 356 euro. Francuz na zasiłku uzyskuje ponad dwukrotnie większe dochody, niż Polak pracujący cały miesiąc na umowie z najniższym wynagrodzeniem!

Średnia cena benzyny i oleju napędowego we Francji 10 grudnia 2018 wynosiła 1,44 euro. Cena benzyny w Polsce to średnio 1,14 euro, a więc raptem o 30 eurocentów mniej. Francuz za pensję minimalną może kupić 1.040 litrów benzyny, podczas gdy Polak tylko 312 litrów. Ale rozjuszeni Francuzi wyszli na ulicę w żółtych kamizelkach i zagrozili ogólnokrajową rewoltą. To trochę pokazuje, gdzie my jesteśmy…

Co „żółte kamizelki” mają wspólnego ze szczytem klimatycznym? A tylko tyle, że Macron zapowiedź podwyżek cen paliwa usiłował sprawnie wytłumaczyć polityką redukcji emisji CO2 i ekologią. To nic, że dodatkowe przychody budżetu państwa wcale nie zostałyby przeznaczone na ochronę środowiska. Nie ma znaczenia. Polityka klimatyczna stała się świetną wymówką, żeby zaserwować ludziom dodatkowe daniny i ściągnąć z nich więcej pieniędzy.

Niezmiernie denerwuje mnie ciągłe wmawianie, że my – wszyscy – zniszczyliśmy ekosystem naszej planety i że my doprowadziliśmy do efektu cieplarnianego. Czyni się nas – zwykłych zjadaczy chleba, każdego z osobna – zbrodniarzem zabijającym Matkę Ziemię. Ja?! Z moją osobistą i niewielką emisją?

Tylko że ja nie jestem właścicielem np. żadnej z hut, w których dziwnym trafem tak często ulegają awarii filtry lub „ssawy przy zalewaniu konwektora”. Wówczas nawet w Jaworznie można zobaczyć na parapetach specyficzny osad drobnych opiłków grafitu. Nie zwróciliście nigdy na to uwagi? Czy faktycznie mój domowy kocioł C.O. opalany ekogroszkiem powoduje większe spustoszenie w środowisku i bardziej zatruwa atmosferę, niż tysiące wielkich instalacji przemysłowych?

W kapitalizmie korporacyjnym występuje pojęcie „externalities”. Są to koszty, które korporacja przerzuca na otoczenie bez udzielenia odpowiedniej rekompensaty.

Na przykład firma produkcyjna odprowadza nieoczyszczone, toksyczne ścieki bezpośrednio do rzeki. Zdecydowanie tańsze niż budowa i utrzymywanie technologicznie zaawansowanej oczyszczalni. Zanim ktokolwiek się zorientuje i wyda nakaz jej budowy, firma ma znacznie niższe koszty działalności, a zatem maksymalizuje zyski. Koszty w postaci zniszczenia środowiska, zatrucia ludzi, większej zachorowalności na raka, ryzyka powstawania deformacji płodowych spada na społeczność w rejonie działalności firmy. To są właśnie osławione „externalities”. A najgorsze, że przedsiębiorstwu (korporacji) czasem nawet bardziej opłaca się kontynuować działalność w ten sposób i płacić kary (od czego zawsze można się odwołać i procesować przez lata), niż zainwestować w ekologię. Niektóre nawet cynicznie wliczają to w prognozę finansową.

Teraz mamy do czynienia z globalnie potraktowanymi „externalities”.

Ja nie bagatelizuję potrzeby ochrony środowiska i powstrzymania efektu cieplarnianego. Ja tylko uważam, że zrzucanie tej odpowiedzialności i kosztów na nas – całe społeczeństwa – jest perfidną kpiną. A cały szumny szczyt klimatyczny to „fake”, który jest organizowany tylko po to, aby przekonać nas do płacenia większych danin i podatków. Do zastosowania odpowiedzialności zbiorowej. Natomiast ci, którzy najbardziej są odpowiedzialni za zatrucie Ziemi i globalny wzrost temperatury, będą nadal robić swą „robotę” i cieszyć się krociowymi zyskami. To jak wygląda kampania wokół polityki klimatycznej przypomina mi reguły zarządzania poprzez kryzys. Świetnie opisane przez Naomi Klein w „Doktrynie szoku”.

Za postępujące przez dziesiątki lat eksploatowanie zasobów Ziemi mają zapłacić nie ci, którzy faktycznie tę działalność prowadzili i czerpali niewyobrażalne zyski. Zapłacimy my – klienci, konsumenci, obywatele. Mieszkańcy Francji wzniecili bunt już na wieść o niewielkich podwyżkach, choć cieszą się znacznie wyższym poziomem zamożności niż my – Polacy. Dla społeczeństw o niższych dochodach, przyjęcie odpowiedzialności i kosztów związanych z tak rozumianą polityką klimatyczną będzie daleko bardziej dotkliwe.

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top