Polecamy

Nasze społeczeństwo jest niemiłe – felieton Tomka Pstruchy

„Nie chcę, nie chcę z kiełbasą
I nie chcę, nie chcę z masłem
Zrób mi kanapki z hajsem, ze smalcem
I z hajsem
I z hajsem!”
– śpiewała Dorota Masłowska w utworze „Hajs”. A cała płyta nosiła tytuł „Społeczeństwo jest niemiłe”. Trafny tytuł. Nasze społeczeństwo jest niemiłe, bo niesamowicie roszczeniowe i złożone ze skrajnie egoistycznych jednostek.

Niedawno przytrafiła mi się okazja porozmawiać z Jimem Kenyonem, byłym burmistrzem angielskiego Hereford, z którym nasze miasto podpisuje umowę partnerską. Odwiedzaliśmy różne miejsca w Jaworznie i wymienialiśmy opinie. Przy okazji którejś z kładek Velostrady Jim Kenyon zauważył, że w jego kraju koszt jej zbudowania wyniósłby tyle, co u nas niemal wiaduktu drogowego. Tomasz Tosza wyjaśnił jakie koszty poniosło miasto, porównał do kosztów budowy dróg i drogowych obiektów inżynieryjnych (czyli pełnowymiarowych wiaduktów). Jim był wyraźnie zaskoczony. Ja natomiast zapytałem, jak u nich wyglądają procedury i czy też funkcjonuje zasada organizowania przetargów publicznych, by wybrać najtańszą ofertę.

– Oczywiście, że są przetargi. Ale wiesz, sytuacja jest bardziej skomplikowana – odrzekł.

– Co masz na myśli? Przecież najtańsza oferta wygrywa – zauważyłem.

– W naszym rejonie funkcjonują tylko trzy duże firmy, które są w stanie zrealizować zamówienie budowlane, więc utrzymują wysoki poziom cen, bo skoro jesteśmy na nich skazani, stajemy się ich zakładnikami. W efekcie ceny są porażające – odparł.

Proszę Państwa, mamy tu do czynienia albo z podejrzeniem zmowy przetargowej (proceder karalny, przynajmniej w Polsce), albo z taktyką „nie psucia” rynku i utrzymania wysokich cen dostosowanych do oferty konkurencji.

– Jakiś czas temu chcieliśmy wstawić kilka huśtawek do parku – kontynuował Jim. – W przetargu wyszło, że miasto musiałoby zapłacić za wykonanie ponad 30 tys. funtów. Cena niebotyczna i nie do zaakceptowania, bo to tylko kilka huśtawek, a nie plac zabaw.

– Musieliście zrezygnować? – zapytałem.

– Nie. Poprosiliśmy mieszkańców o pomoc. Zgłosiło się kilkudziesięciu wolontariuszy, którzy zaproponowali, że wspólnie wykonają zadanie. Miasto kupiło tylko wszelkie niezbędne materiały. Zapłaciliśmy 12 tys. funtów, czyli trzykrotnie mniej niż gdybyśmy zakontraktowali firmę z przetargu – odrzekł.

Poprosiłem o powtórzenie, bo wydało mi się, że niewłaściwie zrozumiałem ten ciąg wypowiedzi. Ale okazało się, że właśnie tak było – sami mieszkańcy, w ramach wolontariatu, własnymi rękami zainstalowali huśtawki w parku!

– Niebywałe, u Was mieszkańcy sami dbają o otoczenie i chcą wspólnie działać? – rzuciłem zdziwiony.

Tym razem to Jim spojrzał na mnie jak na debila, któremu trzeba wytłumaczyć oczywistości.

– Przecież wszystkim na tym zależało! Teraz wszyscy z tego korzystają, są zadowoleni i doglądają, bo to efekty ich starań i pracy – wyjaśnił były burmistrz Hereford.

Ciężko to zrozumieć zwłaszcza obcując na co dzień z realiami polskimi. W Anglii – kolebce kapitalizmu – sami mieszkańcy podejmują się prac społecznych (Jim Kenyon przytoczył też przykład regularnych akcji zbierania śmieci i oczyszczania miasta), aby poprawić jakość życia i budować poczucie wspólnoty.

A na przeciwnym biegunie opowieść znajomej, mieszkającej na Podwalu. Wraz z sąsiadami postanowiła polepszyć wygląd otoczenia bloku. Na sąsiadującej skarpie z własnych środków finansowych i własnymi siłami założyli kwitnącą rabatę. Mimo podlewania i doglądania, nie przetrwała nawet jednego sezonu. Została częściowo zadeptana, a częściowo rozkradziona. Trochę jak w starym, kiepskim dowcipie o Rosjaninie, który dostał dwie stalowe kulki do przypilnowania – jedną zgubił, a drugą zepsuł.

Ot, różnica kultur. Niestety na naszą niekorzyść. A później dziwimy się, że wiaty i ekrany systemu informacji pasażerskiej na przystankach w Jaworznie są nagminnie rozbijane, a nowe oprawy oświetleniowe na drodze rowerowej z Śródmieścia do Ciężkowic padają łupem złodziei.

Dlaczego nasze „społeczeństwo jest niemiłe”? Bo złożone z egoistów, którzy tylko wymagają i uważają, że wszystko im się należy. Niezależnie od własnego wkładu oraz okoliczności. Żądania, wymagania i pretensje poparte żelaznym argumentem „bo ja na to płacę podatki” albo „jestem klientem i wszystko mi wolno, a personel ma czyścić mi buty, jeśli tego zażądam”.

Pozwolę sobie na jeszcze jedną dykteryjkę – autentyczną. Pub w niewielkiej irlandzkiej miejscowości. Po niedzielnej mszy wchodzi leciwy jegomość (po 70-ce) i zamawia Guinnessa. Barmanka stawia przed nim filiżankę bezkofeinowej kawy. Mężczyzna wypija kawę rozmawiając z bywalcami, po czym ponownie zamawia Guinnessa. Przed jego nosem ląduje znowu bezkofeinowa kawa. Bez słowa sprzeciwu wypija. Rodzina przyjeżdża i zabiera go na obiad.

– O co chodzi z tą kawą? – pytam barmanki.

– Paddy jest już schorowany. Od pół wieku po kościele regularnie przychodził na Guinnessa, ale teraz ze względu na jego zdrowie rodzina prosiła, aby zamiast piwa podawać mu bezkofeinową kawę. My udajemy, że realizujemy jego zamówienie, a on udaje, że pije Guinnessa. Nigdy się na to nie poskarżył. Przecież nie przychodzi na piwo, lecz po to żeby spotkać się ze starymi znajomymi, jak czynił od lat. To jego tradycja i nie wolno mu jej odbierać – słyszę odpowiedź.

Powiecie może – naruszenie wolności Paddy’ego. A dla mnie to z jednej strony dowód, że klient nie zawsze ma rację, a z drugiej przykład, że mogą istnieć zżyte z sobą społeczności, gdzie ludzie troszczą się o siebie nawzajem i biorą część odpowiedzialności za otoczenie oraz innych.

U nas to niestety zostało w dużej mierze wyrugowane najpierw przez socjalizm, a później (w większym nawet stopniu) przez dziki kapitalizm. Bezpardonowy wyścig szczurów i zgryzanie się nawzajem w walce o przetrwanie i sukces. Ale nawet jak zostanie ten ostatni, najsilniejszy osobnik, z kim będzie świętować swój triumf? Oto jest pytanie.

Tomasz Pstrucha

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top