Z miasta

„To już nie anomalie – klimat się zmienia” – felieton Tomasza Toszy

fot. Tomasz Tosza

Nikt mi nie powiedział, że można oddychać, ale nie wolno się zaciągać… I stało się. Wysiadłem z pociągu na dworcu w Krakowie i haust powietrza stanął mi w gardle. Odniosłem wrażenie, że można poznać, z której kopani pochodzi węgiel śmierdzący sadzą, siarką i brudem. A potem było jeszcze gorzej – uderzenie smrodu z trzebińskiej rafinerii, zgniłosłodki wyziew składowiska śmieci w Balinie i ciężki, zgrzytający w zębach oddech doliny Byczynki. Wymarzony, ech, powrót z urlopu.

Byłem w Wietnamie – kraju, którego połowa populacji porusza się w maseczkach przeciwsmogowych, chociaż nie czułem tam żadnego smogu, w którym nie ma korków ani problemów z parkowaniem, choć ruch jest jak w Sajgonie. Bo to właśnie Ho Chi Mihn był. Jeden z najgęściej zamieszkałych fragmentów planety, które nie zostały dotknięte plagą kongestii – czyli korkami. Przy jednoczesnym prawie zupełnym braku transportu publicznego. Okazuje się, że się da. Można całą mobilność oprzeć na transporcie indywidualnym, ale muszą to być jednoślady. Najlepiej skutery, bo na rower wchodzi jedna osoba, a skuterem może poruszać się cała czteroosobowa rodzina, a dwie osoby na skuterze to raczej standard niż wyjątek. Gdyby w jakimkolwiek polskim mieście samochody były szykanowane tak bardzo jak w Wietnamie, to mielibyśmy na ulicach rewolucję i płonące barykady. Nieliczne tu samochody jeżdżą wolniej niż najbardziej zdezelowana motorynka, a nawet rower, sygnalizacja świetlna jest ustawiona pod skutery, miejsc parkingowych brak.

Nieludzkie jest natomiast życie pieszych. Zebra nic nie znaczy. Nic. Nul. Przez jezdnię można przechodzić za to zawsze, tylko trzeba robić to wolno – niespiesznym krokiem, bez zatrzymywania się i bez przyspieszania – skuterzyści zwalniają, zmieniają tor jazdy i tak się przechodzi. Najważniejsze, żeby nie wpadać w panikę, idąc przez rój bzyczących pojazdów na małych kółkach.

Czy jakieś doświadczenia z takiej podróży można przenieść do Jaworzna? Niestety nie. Niby należymy do tego samego gatunku, jednak różnice kulturowe i stylu życia powodują, że wprost z podpatrywania tamtego życia wiele się nie wyniesie. Choć przeraziło mnie to, co słyszałem od wietnamskich „lokalsów” jak i to, co zobaczyłem w Polsce – wszyscy narzekali na nieznośne, jak na tę porę roku upały. Normalnie – w środku pory suchej – powinno być nieco ponad 30 stopni. Było nawet 38 stopni w cieniu. W górskim kurorcie, gdzie ludzie uciekali przed upałami, gdyż nigdy nie było tam goręcej niż 30 stopni kolejny już tydzień było trzydzieści kilka.

Kiedy zobaczyłem po powrocie kwitnące pod domem krokusy i temperaturę 16 stopni za oknem i uzmysłowiłem sobie, że jest połowa lutego, to zrozumiałem, że to coś więcej niż anomalia pogodowa.

Te zmiany zarówno pogody jak i klimatu następują tak szybko, że jesteśmy w stanie je zobaczyć podczas życia pojedynczego osobnika – nie trzeba do tego pamięci pokoleniowej. I co najgorsze, nie mamy już czasu, by się do nich przygotować. I jeszcze gorsze – nie ma czasu przygotować się na to przyroda.

Staję się pesymistą, jeśli chodzi o przyszłość oddaloną o dekady. Jeszcze przez jakiś czas będzie się nam dobrze żyło, a potem nastąpi coś złego. Dotyczy to fundamentalnych kwestii naszej miejskości, jaką są podstawy ekonomiczne miasta. Można się łudzić, że jeszcze przez dwadzieścia, trzydzieści lat będzie można wydobywać i spalać węgiel, ale co potem? Z czego będzie żyć społeczność naszego miasta? Czy nie powinniśmy już dziś budować scenariuszy nie tylko na dostosowywanie się do zmian klimatu, ale również scenariusze dostosowania się do zmian gospodarki, w których używanie węgla zostanie zakazane?

Niemożliwe? Nie do wyobrażenia? Pod koniec lat 70. ubiegłego wieku ludzie gospodarki podobnie myśleli o używaniu freonów w dezodorantach czy lodówkach. Jak to zakazać? A jednak. Praktycznie z dnia na dzień ludzkość zakazała produkcji i używania gazów, które niszczyły warstwę ozonową chroniącą planetę przed promieniowaniem ultrafioletowym. Po trzech dekadach nikt w mediach już nie alarmuje o dziurze ozonowej – warstwa ozonu się stopniowo odbudowuje. Zagrożenie minęło. To jeden z największych sukcesów naszego gatunku. W porę zauważyliśmy, że psujemy atmosferę i zapobiegliśmy globalnej katastrofie.

Niewiele czasu zostało nam na myślenie co zrobić z naszą małą ojczyzną, której fundament gospodarki oparty jest na węglu, gdy węgiel zostanie zdelegalizowany.

Przesadzam? Nie sądzę. Nieustannie wierzę nauce. Pytanie nie brzmi „czy” – pytanie brzmi „kiedy”. Lepiej, żebyśmy byli gotowi, gdy to „kiedy” już nastąpi.

A póki co powinniśmy dbać o drzewa, o zazielenianie każdego wolnego skrawka terenu, o tworzenie oczek wodnych, o zrównoważony transport, zwartą miejskość. I o to, by nieco wolniej żyć. Tylko tak można żyć lepiej i dłużej.

Tomasz Tosza

 

1 Comment

1 Comment

  1. Pingback: A nie mówiłem? – felieton Tomasza Toszy – extra

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top