Felieton

A jak ty przygotowujesz się do katastrofy? – felieton Tomasza Toszy

Są ludzie, którzy twierdzą, że jestem patologicznym optymistą. Byłem. Powoli przygotowuję się do katastrofy. Klimatycznej katastrofy. Na swoje nieszczęście znam trochę historię i wiem co się dzieje, kiedy kończą się jakieś zasoby. Trudno być optymistą, kiedy ma się świadomość, że zasoby kończą się wszędzie a rządzą nami – na poziomie państw – bardziej durnie niż mężowie stanu.

 

Mieliśmy ocieplenie klimatu, mamy klimatyczny kryzys. Skończy się klimatyczną katastrofą. W skali globalnej. Dotychczas mieliśmy kryzysy lokalne – Jukatan 700 lat temu. Europa południowa 1500 lat temu (kilka narodów zniknęło bez śladu z powodu epidemii wywołanych przez żywioły). Bliski wschód i Sahel – obecnie.

To nie jest lokalny felieton. A postrzeganie świata lokalnie obarczone jest wielkim błędem.

Mieszkam w zielonym mieście położonym na wzgórzach trzysta metrów nad obecnym poziomem morza. Z naciskiem na obecnym.

Nie będę więc wśród miliarda ludzi, którzy będą musieli opuścić swoje domy na wybrzeżach. Ale nie poprawia mi to nastroju.

Miałem plan, żeby dożyć mniej więcej 2060 roku. Tak by to mogło wynikać z genów, które odziedziczyłem po przodkach, w miarę zdrowego trybu życia i postępów w medycynie. Dziś mnie ta odległa perspektywa niepokoi. Jeszcze nie przeraża, ale już niedługo…

Nie uda się powstrzymać katastrofy. Trzydzieści lat temu była na to szansa ale wtedy pierwsze naukowe raporty o nadciągającym kataklizmie zostały utajnione przez rządy i zarządy korporacji. Co gorsza – wypuszczono denialistów, którzy kwestionowali. Bo ważny jest zysk tu i teraz. A potem się zobaczy.

Dziś trzeba się do katastrofy przygotować. Każdy indywidualnie. Opowiem jaki mam plan.

Mieszkam w centrum swojego miasta. To dobrze. W miastach będzie łatwiej przetrwać niż poza nimi – to jest doświadczenie każdej historycznej zwieruchy. W drugiej linii zabudowy, tak że mojego domu nie widać z ulicy. Minimalizuje to ryzyko splądrowania. To bardzo dobrze. Mój dom jest otoczony podwójną linią ogrodzeń i budynków. Świetnie. I mam sporą niezabudowaną, niewykostkowaną działkę. Idealnie. Zastanawia mnie jedynie czy dziesięć arów uprawnej ziemi wystarczy żeby wyhodować wystarczającą ilość roślin, by zapewnić mi minimum żywności. Może braknąć. Zwłaszcza, że mam problem z wodą.

Póki działają wodociągi może nie być tragicznie. Czerpią wodę z podziemnych jezior zasilanych wodami gruntowymi. Są tak głęboko, że nawet gdyby przestało padać w 2040 to do końca życia się nie wyczerpią.

Chyba, że miałbym żyć dłużej. Wtedy mam problem.

Miałbym problem również wtedy, gdyby społeczne zawieruchy cofnęły nas do madmaxowej przyszłości. I nie było prądu do pomp, albo coś zniszczyłoby magistrale wodociągowe. W części miasta w której mieszkam podskórnych wód nie ma już od austriackich czasów. Studnie wyschły bo trzeba było odwodnić okoliczne kopalnie. Możliwe, że używanie węgla zostanie zakazane w ciągu dwóch dekad. Zamkną wszystkie kopalnie i wtedy pod koniec życia jest jakaś szansa, że wody gruntowe wrócą do stanu sprzed 150 lat. Mam nadzieję. Kilka lat przed śmiercią może będę miał własną studnię.

Ogrzewanie. Mam ciepły dom podpięty do miejskiego ciepła. Słabo to wygląda. Raczej nie ma szans, żeby w ogólnym, globalnym zamęcie ktoś martwił się, żeby podgrzać wodę do ciepła systemowego. Zresztą nie będzie już węgla. Trzeba radzić sobie samemu. Gdy w lutym wróciłem z Wietnamu było już na tyle ciepło, że nie włączałem centralnego ogrzewania. Grzałem kominkiem. W najchłodniejsze dni temperatura spadała do 16 stopni rankiem. Wieczorem miałem 21 stopni po spaleniu 10 kg drewna. Będę potrzebował około dwóch ton drewna rocznie. Dużo. Trzeba wymyślić jakieś inne wspomaganie ogrzewania. Na razie nie ma pomysłu.

Prąd. Tyle ile potrzebuję, wyprodukuję sobie sam. Już mam wymyślone miejsce gdzie postawię farmę paneli fotowoltaicznych. Cztery kilowaty zainstalowanej mocy powinno wystarczyć. Jeszcze potrzeba będzie zgromadzić wystarczającą ilość akumulatorów, żeby go przechowywać. Z prądem będzie najmniejszy problem. A gdy zainstaluję klimatyzację, to będę w stanie znosić upały od marca do listopada. Czy wystarczy mi prądu, żeby dogrzewać w zimie?

Kiedy wszyscy wokół wycinali drzewa ja sadziłem.

Lipy, platany, klony, dęby, kasztanowiec, buki. Buki miały być na żywopłot, ale co do większości zmieniłem zdanie – puściłem je kilka lat temu swobodnie tak, że mając dziś około ośmiu metrów i rosnąc zwarcie tworzą mi zieloną palisadę od ziemi. Zadowolony jestem z platanów – mają już po siedem metrów, a za dwadzieścia lat zacienią koroną dużą część terenu. Dom będzie już obrośnięty bluszczem – dobrze się przyjął i ciągnie do góry po ścianach – co będzie stabilizowało temperatury wewnątrz. Właściwie mieszkam już jak na leśnej polanie otoczony bujną zielenią, choć jedna z sąsiadek ma pretensje, że jej liście buków jesienią na ogródek spadają i że straszne chaszcze… Proszę o wybaczenie. Tak szykuję się na katastrofę.

Przycinam już tylko jeden żywopłot na froncie. Ale dwóm zewnętrznym bukom pozwoliłem już być drzewami. Za kilkanaście lat będą z nich piękne drzewa. Duże. I będą dawały cień. Na mojej zielonej wyspie już teraz mam kilka stopni chłodniej niż kilkaset metrów dalej, w mieście. Wysycha mi tylko kilkadziesiąt metrów trawnika, gdzie przez cały dzień gdzieś nie opiera się cień. W pozostałych miejscach trawa jest zielona. Zresztą koszę rzadziej. Liście i siano wrzucam pod żywopłoty lub pod krzewy mirabelek. W magiczny sposób metry sześcienne liści i trawy znikają bez śladu.

Wiem już gdzie wykopię piwniczkę ziemną gdzie będę przechowywał żywność. Muszę zrobić zapasy w dobrym momencie – jak najpóźniej, żeby się nie zepsuła i na tyle wcześnie, żeby mnie było na nią stać. Oglądałem już filmy szkoleniowe prepersów. Trochę mnie przeraża monotonia. Ale tu chodzi o dostarczenie kalorii a nie o smak. Wiem gdzie zakopię pakiet cystern, żeby przechowywać wodę jeśli pojawi się w sieci lub gdy uda się ją zebrać z rynien.

Mam jeszcze dużo do zrobienia, żeby się przygotować. Dzisiaj wyczytałem niezwykle trafne spostrzeżenie – no i co z tego, że w naszej strefie klimatycznej będzie dało się żyć skoro nie będzie się dało w miejscach gdzie mieszkają miliardy. Myślicie, że brak wiz ich powstrzyma, żeby tu przyjść? Albo szlabany graniczne? Albo płoty? Jeśli tak myślicie, to zadajcie sobie pytanie – czy was by powstrzymały gdybyście byli w ich sytuacji…

Tomasz Tosza

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Polecamy: Kolej na pociąg – felieton Tomka Toszy

 

2 komentarze

2 Comments

  1. Roro

    23 czerwca 2019 at 20:58

    Wizje z przyszłości i te wizje juz z Pana udziałem zrealizowane dają mi poczucie ze Pana udział w tym wszystkim winien sie zakończyć jak najszybciej

  2. Pingback: Ile warte jest żyjące drzewo? – felieton Tomasza Toszy – extra

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top