Felieton

Ile warte jest żyjące drzewo? – felieton Tomasza Toszy

W Dyarbakir mam swój ulubiony hotel. Jest najtańszy z tanich, bo nie mam jakichś szalonych potrzeb w podróży – stara poormiańska kamienica z arkadowymi tarasami na dziedzińcu z których wchodzi się do pokoi z metalowymi łóżkami i betonową podłogą. Jest studnia i prawie dwustuletni figowiec, który cieniem liści zasłania wnętrze przed palącym słońcem Kurdystanu. Mniej więcej od maja zasłaniają górę dziedzińca plandeką z siatki, by uchronić drogocenne drzewo przed żarem. Gdyby uschło to już nigdy w tym miejscu nie wyrośnie podobne. Za żadne pieniądze. Za żadne pieniądze nie uda się kupić cienia, nastroju i zapachu jakie daje drzewo. Mimo, że brudzi i nieustannie zrzuca liście zastępowane nowymi.

 

Premier Morawiecki ogłosił właśnie akcję sadzenia pół miliarda drzew w Polsce. W ramach walki ze zmianami klimatu. Modlitwy za deszcz kiedy nie pada i modlitwy żeby przestał gdy pada za dużo już najwyraźniej nie dają rady. Rząd jak socjalizm zabrał się do bohaterskiej walki z problemami jakie sam stworzył. Wystarczy przypomnieć przyzwolenie jakie dał niechlubnej pamięci minister środowiska Szyszko do wyrżnięcia milionów drzew w miastach. Lub aktualne rżnięcie lasów. Nie tylko puszczy białowieskiej, ale wszystkich. To co się dzieje w lasach państwowych to rabunek jakiego nie pamiętamy od obu okupacji, kiedy najeźdźcy rabowali drewno rżnąc do gołego.

Lasy sobie ostatecznie poradzą jeśli zostawić je na chwilę w spokoju, najgorsze było LexSzyszko. Z krajobrazu miast zniknęło setki tysięcy drzew, które nigdy już w miejscach wycinki nie wyrosną. Zbyt ekstremalnie się zrobiło w naturze, by drzewo poradziło sobie w miejscu bez wody, bez gruntu, bez bakterii, bez grzybów, w trudnym do wyobrażenia ukropie. U schyłku życia Szyszko – jednoosobowo – zmienił krajobraz polskich miast jak nikt od czasu Kazimierza Wielkiego. Z jego powodu straciliśmy miliardy złotych.

Ile warte jest żyjące drzewo? Tyle ile koszt jego wycinki minus wartość drewna. Tak uważają durnie. Żyjące drzewo warte jest tyle ile kosztowałoby przesadzenie i utrzymanie przy życiu podobnej rośliny. W przypadku dużych drzew setki tysięcy złotych mogłyby okazać się za małą kwotą.

Po co nam żywe drzewa w miastach? Nie będę tłumaczył. Zrobiły to zam nie dziesiątki infografik, memów i artykułów, które zalały internet po czerwcowej fali upałów. Po prostu życie na rozpalonych słońcem ulicach i życie na ulicach zacienionych zielenią różnią się od siebie diametralnie. Już dziś potrzebujemy cienia. Jutro potrzebować go będziemy jeszcze bardziej.

Odkąd mam wpływ to pozwalam na wycinkę jedynie martwych lub prawie martwych drzew. Bo widzę co się dzieje z nasadzeniami nowych. Jest sukces jeśli przyjmie się połowa. Można być zadowolonym jeśli przeżyje jedna trzecia. Skoro ledwo przyjmują się robinie akacjowe, które są gatunkiem, które jak szczury radzą sobie w każdym środowisku?

Na Bliskim Wschodzie centrum miasta można poznać po tym, że jest pełne drzew. Każde z nich jest traktowane jak dar boży. Pielęgnowane, podlewane, chronione. Obawiam się, że kompletna nieprzewidywalność pogody jaką obserwujemy – nieustanną suszę przerywaną nawałnicami, po których nie zostaje w gruncie ślad wilgoci, fale upałów przeplatane z przymrozkami, tropikalne noce wypełnione bzykaniem komarzych rojów to tylko przedsmak pogodowych ekstremów jakie wywołaliśmy.

Jeszcze czterdzieści lat temu w świecie nauki odbywała się dyskusja czy za zmiany klimatu odpowiada nasz gatunek. Dziś już tej dyskusji nie ma. Bo sprawa została przez naukę rozstrzygnięta – jesteśmy winni. My i nasi przodkowie. Przecież gazy cieplarniane kumulują się w atmosferze. Polska Ludowa ze swoją industrializacją ma wiekopomny udział w produkcji CO2. To nie tylko o współczesność chodzi.

Denializm i denialiści, czyli zaprzeczający ludzkiemu wpływowi na globalne ocieplenie maja dziś status stowarzyszeń płaskiej ziemi, czy antyszczepionkowcowy. I wymierają. Dosłownie. W nauce zmiany poglądów dokonują się często z powodów demograficznych. Nośnikami idei są przecież ludzie. Kiedy umierają, to umiera z nimi ich wiedza i przekonanie o stanie rzeczy. Kiedyś musieli po prostu wymrzeć astronomowie wierzący, że ziemia jest centrum wszechświata. Wierzący. Wbrew nauce i obserwacjom. Dzisiaj denializm objawia się w publicystyce, bo coraz mniej jest habilitowanych dziadków, którzy mogliby zaprzeczyć nauce. Wśród młodych naukowców denialistów nie ma już wcale.

Pół miliarda drzew Morawickiego jest póki co publicystyczną odpowiedzią na niepokój jaki wśród ludzi wzbudziła obserwacja, że świat w jakim się wychowaliśmy i w jakim żyliśmy nie wygląda już tak jak w przeszłości. I żadne zaprzeczenie tego nie wytrzymuje próby z codziennymi obserwacjami.

Nawet ci, którzy uważają globalne ocieplenie za lewacki spisek kupili już klimatyzację albo się do tego przymierzają.

Mimo, że w dniu, w którym piszę felieton za oknem jest przyjemne 24 stopnie Celsiusza. To pogoda. A tu chodzi o klimat.

Tomasz Tosza

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 13-2019

Polecamy także: A jak ty przygotowujesz się do katastrofy?

 

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top