Felieton

Pracownik miesiąca – felieton Toszy

Dużo pozytywnego fejmu spłynęło w ubiegłym tygodniu na jednego z nowych miejskich pracowników. Z całego kraju. Setki tysięcy ludzi obejrzało nagranie jak dzielnie walczył z najeźdźcą w białym busie, który zabłądził na starej nawigacji i bez patrzenia na znaki próbował wjechać na nasz Rynek. Wyszedł z tego trochę pognieciony. Czeka na wizytę specjalisty i mam nadzieję już niedługo wróci do pracy po zasłużonym L4. Pracownik miesiąca – słupek blokujący.

 

Zadziwiające, że nikt nie powiedział na niego złego słowa. Cóż on zresztą winny. Wykonywał swoją pracę , za którą dostaje jedynie trochę prądu, smaru i serwis. Opuszcza się tym, którym wolno. I choć liczba rozdanych komunikatorów – pilotów przekroczyła już sześćdziesiąt sztuk to Rynek został wymieciony z pojazdów, które zaczęły wjeżdżać na niego jak do siebie. A to nie jest ich przestrzeń. Właściwie to ważne pytanie – dla kogo jest miasto?

Na pewno nie jest dla urzędników. Miasto tworzą ludzie, którzy w nim mieszkają. A jakie są miasta dobre do mieszkania? Te w których ludzie dobrze się czują. Wszyscy. Małe dzieci i osoby starsze, aktywni zawodowo, ci którzy się wciąż uczą i odpoczywający na emeryturach. Również ci, którzy muszą poruszać się po mieście samochodami. Ale nic tak nie wkurza zwykłych ludzi jak młode byczki rozpychające się w przestrzeni wypasionymi samochodami. Ludzie coraz częściej chwytają za telefony by dzwonić po Straż Miejską. Są miasta gdzie takich zgłoszeń jest już tyle, że paraliżują inne działania służb. To jest konflikt, którego wiek temu nie było, przynajmniej z literatury nie kojarzę wezwań na źle zaparkowane powozy i dorożki. Ten sprzęt musiał na siebie pracować czyli jeździć. Żaden woźnica nie zostawił pary koni na dziesięć godzin znikając gdzieś.

Niespełnionym marzeniem ludzi bez wyobraźni jest miasto gdzie można zaparkować wszędzie i zawsze gdzie się chce. Tego marzenia nie udało się zrealizować w żadnym większym mieście gdzie jest dużo ludzi. A pogoń za miejscami parkingowymi przypomina szukanie św. Graala. Doczekało się to nawet parareligijnego kultu błogosławionych miejsc parkingowych. Bo to ma coś w sobie z kultu. I wiary, że jak się będzie mocno modlić i błagać bogów to nastąpi cudowne rozmnożenie miejsc parkingowych, czyli rozmnożenie przestrzeni. Wina z wody, ryb z ryby. Czyli prawdziwy cud.

W normalnym świecie cuda się nie zdarzają. Dlatego większość badanych ankietowo kierowców chciałaby ograniczenia ruchu samochodów w mieście. Innym.

Nasz lekko ranny słupek zewsząd otaczany jest wyrazami sympatii. Bo prawie nikt nie szanował jego kolegi znaku. Różne znaki mają różny poziom szacunku – największy ma ten czerwony z białą belką. Białe kółko z czerwoną obwódką ma mały. A niebieski z czerwonym krzyżem św. Andrzeja? Tego to mi nawet żal. Nie chciałbym stać na jego miejscu.

Najlepszy jednak jest słupek. Choćby nieruchomy. Kawałek zieleńca przed Pocztą, który miał strzec pieszych wychodzących z parku, żeby byli widoczni dla kierowców był przez całe lata błotnistym klepiskiem, bo mieściły się na nim nawet dwa samochody. Trzy słupki wystarczyły, by trawa się zazieleniła, piesi stali się bezpieczniejsi a powszechnej świadomości deficytu miejsc do parkowania nie zmieniło. Ani na gorsze, ani na lepsze. Deficyt jest wielkością stałą i w miastach na świecie jest regulowany rynkowo – ceną za parkowanie.

Ale jak to zrobić w mieście, które nie pobiera opłat za parkowanie? Trzeba nauczyć się z tym żyć albo zmusić do rotacji. Albo… sprawić by na ulicach było mniej samochodów. Trudne? Europejskie miasta właśnie stawiają sobie takie cele. Wiedeń walczy by mniej niż jedna czwarta podróży odbywała się samochodami, Paryż, by samochodów było w ciągu kilku lat 40 proc. mniej.

Doprowadza to do dzikiej gorączki misjonarzy zdrowego chłopskiego rozumu, którzy mentalnie tkwią w latach 70. i z uporem wartym lepszej sprawy nie dostrzegają jak zmieniają się europejskie miasta. Nie tylko duże, ale też średnie i mniejsze. Oni po prostu po całych dekadach prób pogodzenia masowej motoryzacji z miastem poddali się. Tego nie da się zrobić. Nie nadajemy się. Jako gatunek, który zbyt łatwo daje się uzależnić psychicznie od technicznych wynalazków. Które wcale nie sprawiają, że mamy lepsze i szczęśliwsze życia a tylko znajdujemy się w nieustannej gonitwie.

Apostołowie błogosławionych miejsc parkingowych uważają, że to co czynią miasta w Europie to jakiś lewacki spisek. Ideologiczne zafiksowanie na inżynierii społecznej. Komunizm wręcz. I nie zastanowią się nawet dlaczego w Jaworznie, średnim mieście między Krakowem a Katowicami ludzie tak wielką sympatią obdarzyli i kibicują w powrocie do zdrowia mechanicznemu słupkowi?

Ja wiem. Nasz gatunek uwielbia gdy ludzie są równi. To marzenie niosło się przez wszystkie cywilizacje. Egalitarność to coś co sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi. A na wjeździe na jaworznicki Rynek tę równość egzekwował nie dający się przekupić, ani nie ulegający prośbom czy płaczom słupek.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 14-2019

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Więcej o wjeździe na rynek: Na rynek tylko z pozwoleniem

 

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top