Felieton

Wygrać bitwę w umyśle przeciwnika – felieton Tomasza Pstruchy

Wszyscy z grubsza wiemy na czym polega inflacja. Zwiększenie podaży pieniądza na rynku (jego „dodruk”) powoduje spadek siły nabywczej, czyli spadek jego wartości. W dziedzinie informacji podobnie. Im więcej informacji, tym mniejsza ich wartość. Tym stają się mniej użyteczne dla odbiorców, bo trudniej je odsiać i przetworzyć. Tym mniej w nich prawdy. Tym łatwiej nimi manipulować, osiągając swoje cele.

 

Telewizję przestałem oglądać już lata temu. Nie miało to żadnych podstaw ideologicznych. Po prostu straciłem zainteresowanie czymkolwiek, co się w niej pojawiało.

Co nie znaczy, że nie jestem bombardowany przez inne środki masowego rażenia informacją. Przede wszystkim internet. Będąc osobnikiem aspołecznym, od razu wykluczyłem możliwość uczestnictwa w takich zdobyczach współczesności jak media społecznościowe. To już stanowi solidny filtr odsiewania informacji zupełnie mi zbędnych. Nie linkuję, nie lajkuję, nie uczestniczę – nie mam problemu z szumem informacyjnym zapychającym moje wątłe połączenia synaptyczne. Nie jestem Edgarem Hooverem, ani systemem Echelon, aby potrzebować wiedzieć, gdzie ktoś, kogo spotkałem raptem trzy razy w życiu, spędza wakacje, co zjadł na kolację i z kim chodzi do łóżka.

Wciąż jednak pozostają serwisy informacyjne. Serwisy, które potrafią mnie rozbawić w sposób ponury. Wiem, brzmi jak oksymoron. Ale to jest właśnie ten rodzaj gorzkiego, ponurego śmiechu, kiedy widzę jak na dłoni, że prawdy już nie ma, są tylko interesy poszczególnych grup, które określonymi informacjami nas karmią.

Od powstania mediów masowych tak było. W dawnych czasach liczyła się kasa i który „mogul” medialny posiadał dany tytuł prasowy lub telewizję oraz jakie były jego polityczne powiązania. Dogłębną analizę tego systemu przeprowadził Noam Chomsky w wydanej w 1988 roku pracy „Manufacturing Consent: The Political Economy of the Mass Media” („Produkowanie zgody: Polityczna ekonomia mass mediów”). Nawiasem mówiąc, lektura nieodzowna każdej osobie żywo zainteresowanej mediami i informacją do dzisiaj nie doczekała się polskiego wydania!

Obecnie – w dobie mediów społecznościowych – ten aparat zrobił się jeszcze bardziej perfidny. Ośrodki rozpowszechniania wiadomości stały się zdecentralizowane i trudno dociec skąd informacja pochodzi (kto za nią stoi). Na domiar do czarnej roboty propagowania „newsów”, ich multiplikacji, kreowania odpowiedniej wizji świata zaprzęgnięci zostali zwykli ludzie. Nie mówię o „farmach trolli”, które z polecenia bombardują innych użytkowników określonymi przekazami. Mówię o zwykłych bezinteresownych osobach, które wierzą w dany przekaz i przesyłają go dalej znajomym, komentują, robią ruch na stronie. I informacja sobie pączkuje, zataczając coraz szersze kręgi wśród odbiorców. A coraz trudniej zweryfikować jej znaczenie i „prawdziwość”.

Pojawił się też jeszcze jeden fascynujący mnie fenomen – „youtube’owi kaznodzieje”. To tacy goście, którzy na swoich kanałach przekazują „prawdy objawione”. Wydaje mi się, że zapoczątkował to z olbrzymim sukcesem pewien były korespondent telewizji publicznej, który nadawał z USA i „mówił jak jest”. I chyba rozkręcił na tym niezły biznes, choć ostatecznie nie udało mu się zdobyć państwowych dotacji na własny kanał informacyjny.

Teraz tych „kaznodziejów” pojawiło się na pęczki i gromadzą tysiące „wiernych” („wiernych”, bo wierzą we wszystko, co guru mówi, choć to tylko jego prywatne opinie).

Czy dzięki temu ciągłemu, dywanowemu bombardowaniu informacjami jesteśmy cokolwiek mądrzejsi? Czy bliżej nam wyłowienia prawdy? Śmiem twierdzić, że wręcz przeciwnie! Bo nie o prawdę chodzi, lecz o realizację określonych celów. Mamy być zaangażowani i gotowi do opowiedzenia się po którejś z bardzo wielu stron. Staliśmy się zmobilizowanymi armiami – walczą wszyscy ze wszystkimi.

Jeden z portali informacyjnych już na wstępie raczy mnie ankietą „Czy Polska może zatrzymać globalną ofensywę ideologii LGBT, tak jak w 1920 roku zatrzymała bolszewizm?” (sic!) Ożesz, grubo! – myślę sobie. Czyli kreujemy syndrom „oblężonej twierdzy” – kiedyś Turcy, później bolszewicy, teraz homoseksualiści usiłują nas podbić? Kolejna wojna cywilizacyjna na naszej ziemi? Z samego pytania ankietowego wynika, że jest ona faktem. Pora się zbroić. W monochromatyczne, antytęczowe okulary?

Inny portal zaś atakuje mnie dla odmiany (?) quizem, czy wiem wszystko o seksie (o dziwo w wersji damsko-męskiej, czyli quiz anachroniczny – sprzed domniemanej ofensywy LGBT). Obok materiał o antykoncepcji hormonalnej. A tuż poniżej tekst zatytułowany: „Hanię zamordowano po domowym porodzie”. Nie Moi Drodzy, takie przypadki się nie zdarzają. W ten sposób grupując wiadomości, „zaprogramowano” emocjonalną reakcję odbiorcy na całe zagadnienie edukacji seksualnej, antykoncepcji, prawa do aborcji. Tę regułę wzajemnego oddziaływania na siebie informacji podanych w bloku (a właściwie oddziaływania ich na odbiorcę) wykorzystuje się w każdym masowym medium. W obu wspomnianych wyżej przypadkach mamy do czynienia z manipulacją – to już nie informacja, lecz socjotechnika.

Tak ze wszystkim. Nord Stream, Baltic Pipe, gaz z USA, przekop Mierzei Wiślanej, ekologia, uchodźcy wyjeżdżający z Niemiec na urlop do Syrii, ukraińscy pracownicy w Polsce, reparacje wojenne, ustawa 447, widmo recesji w Niemczech, brexit. Wszystko to klocki wielkich układanek, a sposób podania wiadomości ma służyć konkretnym interesom.

My powinniśmy uczyć nasze dzieci nie tylko czytać i pisać, ale także przesiewać informacje, na które natykają się w mediach. Podchodzić do nich z dużą dozą sceptycyzmu i nieufności oraz odróżniać to co jest propagandą od faktów. Nie tylko po to, by nie padły ofiarą obślinionego, starego oblecha, który udaje za klawiaturą 14-latka. Ale także po to, żeby w wieku dorosłym nie padły ofiarą zbiorowej manipulacji.

Niedawno na stronie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego trafiłem na świetny artykuł Łukasza Skonecznego „Wojna hybrydowa – wyzwanie przyszłości?” Czytamy w nim między innymi: „…jednym z najważniejszych celów współczesnych wojen hybrydowych jest wygranie bitwy w umyśle przeciwnika. Aby to osiągnąć, konieczne jest istnienie wolnego rynku mediów, na którym silną pozycję ma agresor lub taki poziom dostępności do nowoczesnych technologii telekomunikacyjnych wśród ludności państwa atakowanego, który umożliwi powszechne zapoznawanie się z materiałami propagandowo-informacyjnymi zamieszczanymi w portalach społecznościowych, stronach internetowych czy platformach hostingowych.” Pada tam również pytanie, oczekujące na odpowiedź: czy państwo demokratyczne jest zdolne do skutecznego przeciwdziałania wojnie informacyjnej, np. w wydaniu rosyjskim (zastosowanym na Ukrainie)?

Od pewnego czasu niestety odnoszę wrażenie, że Polska stała się polem wojny informacyjnej. I raczej nie chodzi tu o domniemaną ofensywę LGBT.

Tomasz Pstrucha

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 16-2019

Zapraszamy do dyskusji: tutaj

 

1 Comment

1 Comment

  1. Pingback: Katolikom wstęp wzbroniony – felieton Dawida Domagalskiego – extra

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top