Felieton

Człowiek mniej rozumny, a bardziej cyfrowy – felieton Tomasz Pstruchy

Już kiedyś napisałem, że zamiast sztucznej inteligencji, przydałoby nam się częstsze korzystanie z inteligencji naturalnej – tej wrodzonej, którą każdy z nas posiada. Umiejętność obserwowania zjawisk naturalnych, wyciągania wniosków i przewidywania stanowiła zawsze warunek naszego przetrwania. Aktualnie coraz częściej o tym zapominamy. Zdając się na technologiczne „protezy”, przesuwamy się w kierunku „rzeczywistości wirtualnej”, z coraz większą ignorancją podchodząc do świata realnego.

Przed wieloma laty z kilkorgiem znajomymi wybraliśmy się na Giewont. Pogoda wymarzona – słonecznie, lekki wiatr, brak zachmurzenia. Gdy dotarliśmy do przełęczy Siodło – może 30 minut podejścia dzieliło nas od szczytu – mogliśmy mieć już powody do niepokoju. Wciąż słonecznie, ale od strony północno-zachodniej zaczęły rozbudowywać się chmury zwiastujące deszcz. Jako że znajdowały się jeszcze daleko, postanowiliśmy szybko wejść na szczyt (to były czasy, kiedy nie tworzyły się jeszcze kolejki przy łańcuchach i można było wejść w krótkim tempie). Weszliśmy faktycznie bardzo szybko, ale… jeszcze szybciej schodziliśmy.

Właściwie sp…laliśmy. Proszę Państwa, 17-metrowy krzyż na Giewoncie brzęczał jak stacja transformatorowa wysokiego napięcia! Mimo iż nie było burzy i dopiero w oddali zapowiadało się na deszcz, żelazna konstrukcja już zaczęła gromadzić ładunki elektrostatyczne. Deszcz złapał nas, gdy byliśmy 500 metrów niżej w Dolinie Małego Szerokiego i zmierzaliśmy pospiesznie na Halę Kondratową.

Trudno mi domniemywać, co myśleli turyści, którzy przed dwoma tygodniami pchali się z uporem na Giewont. Z relacji jednego z przewodników wynika, że na godzinę przed tragedią zawrócił swoją grupę z Wyżniej Kondrackiej Przełęczy (tuż pod samym szczytem), bo ocenił, iż nie ma szans na bezpieczne wejście i zejście z partii grani przed nadejściem burzy. Usiłował nakłonić do zejścia także innych. Bezskutecznie.

Serce mi się kraje, kiedy czytam o 24-letniej Annie, która była jedną z ofiar śmiertelnego rażenia piorunem i osierociła 4-letniego synka. To miał być urlop jej marzeń z narzeczonym (w ciężkim stanie, ale przeżył). Kiedy czytam o dwójce 10-letnich dzieci (z Małopolski i Mazowsza), które na nic nie miały wpływu – po prostu ufały w wiedzę i doświadczenie swoich rodziców. Tych rodziców też mi żal: jak żyć po takiej tragedii jak strata dziecka?

Ale to nie jest tak, że wszystko działo się w mgnieniu oka. Z relacji przewodnika wynika, że symptomy zbliżającej się burzy były widoczne godzinę przed tragedią, a pół godziny przed nią słyszano już grzmoty. Był wystarczający czas, żeby się wycofać i zminimalizować ryzyko.

Wiem, do tego potrzebne jest doświadczenie.

A dzisiaj niemal każdy pcha się w Tatry, a najlepiej już na Rysy, Orlą Perć czy inne szczyty. Nawet jak w górach o alpejskim charakterze jest po raz pierwszy.

Sam ten fakt świadczy o braku zdrowego rozsądku i umiejętności trzeźwej oceny sytuacji.

Kiedyś doświadczenie w górach zdobywało się wraz z Polskim Towarzystwem Turystyczno-Krajoznawczym lub Polskim Towarzystwem Tatrzańskim już w wieku szkolnym. Dobrze pamiętam panie: Jadwigę Golec i śp. Danutę Paderewską, które całe rzesze jaworznickich dzieciaków (w tym mnie) uczyły w praktyce turystyki górskiej, terenoznawstwa i zasad bezpiecznego poruszania się w górach. Czy tacy mentorzy znaleźliby dzisiaj posłuch? Skoro teraz „doświadczenie” nabywa się oglądając filmiki na YouTube’ie?

Wydaje mi się, że wraz z rozwojem technologicznym stajemy się coraz bardziej „odklejeni” od rzeczywistości. Obcując z „rzeczywistością wirtualną” zapośredniczoną przez media cyfrowe, zatracamy umiejętność odczytywania zjawisk i zależności, które zachodzą w prawdziwym świecie.

Tatry to trudne góry ze zdradliwymi momentami? „Ależ skąd – przecież koleś z kanału na YT pokazuje, że można tam śmigać w sandałach.” Na wycieczkę trzeba wziąć prowiant? „Ależ po co – wystarczy ten napój co dodaje skrzydeł, a jakiegoś Maca znajdzie się po drodze.” Nadchodzi burza? „Niemożliwe – przecież aplikacja w smartfonie pokazuje słoneczko.”

Takie „odklejenie” od rzeczywistości staje się powoli naszym przekleństwem.

Stajemy się coraz bardziej przystosowani do funkcjonowania w „rzeczywistości wirtualnej”, a coraz mniej w realnym świecie, gdzie zaskakują nas typowe zjawiska przyrodnicze i fizyczne.

Bardzo zgubna tendencja. Górski trekking i wspinaczka nie są grą komputerową – tu nie ma „respawnu”, nie da się włączyć „nieśmiertelności”. A obecnie w wysokie góry pchają się ludzie bez żadnego przygotowania, za to z ułańską fantazją. Jedną z podstaw, której brakuje jest świadomość, że czasem trzeba odpuścić. Nie napiera się za wszelką cenę, bo zdarzają się okoliczności, kiedy ta cena okazuje się najwyższa – życie.

Nie tylko o tę sferę aktywności mi chodzi, ale o niemal każdą.

Bo przyznacie, że rozbicie się samochodem przy prędkości 100 km/h w „realu” wygląda trochę inaczej i inne skutki niesie, niż w komputerowej „ścigałce”.

W realnym świecie nie jesteśmy tylko awatarem, lecz organizmem, który podlega wszelkim prawom fizyki i biologii. Krew tryska, czaszka pęka, kręgosłup i kości się łamią, narządy wewnętrzne ulegają rozerwaniu i towarzyszy temu potworny ból. Właśnie dlatego natura wyposażyła nas nie w port USB, ale w instynkt samozachowawczy, inteligencję i umiejętność przewidywania. Niestety czasem o tym zapominamy.

Tomasz Pstrucha

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 17-2019

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

 

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top