Felieton

Ciemne chmury nad samorządami – felieton Tomasza Toszy

Pewnie się cieszycie, że dobry rząd obniżył podatki. O jeden punkcik procentowy ale zawsze to coś. A z podatku dzieciaków to w ogóle zrezygnował. Dobrze mają ci młodzi do 26 roku życia. Dobry rząd, zły samorząd.

Ta decyzja na kilka miesięcy przed wyborami z pewnością wpłynie na wynik wyborów. Najbliższych, ale również tych za cztery lata. Wyborów do samorządów. Kilka miast już zrobiło histerię, że muszą skończyć z inwestycjami, i nie należy się spodziewać, że niczego nie będzie. Ale to nie histeria. Bo to się dzieje naprawdę. Z kilkunastu miliardów złotych, których nie zapłacą w PITcie Polacy połowa tej kwoty nie wpłynie do budżetu samorządów. Dobry rząd robi sobie kampanię wyborczą za pieniądze miast i wsi. Choć wsi mniej. Bo tam duża część ludzi nie płaci PIT.

Budżet Warszawy finansuje sukces wyborczy PiS kwotą trzech miliardów złotych przez najbliższe cztery lata, Kraków dokłada się prawie miliardem a Jaworzno prawie stoma milionami. To są pieniądze, które nie zostaną wydane na utrzymanie miast, na dopłacanie do edukacji, służby zdrowia, na odśnieżanie, sprzątanie, koszenie, transport publiczny, na remonty i przebudowę dróg. W sytuacji, kiedy wzmożone wyborczo władze dekretują podwyższanie najniższych pensji do kwot zbliżających się do czterech tysięcy złotych – co samo w sobie nie jest złe – rosną jednocześnie ceny wszystkiego. Nie ma się co oszukiwać – od wysokości płac zależą ceny dóbr i usług.

Znam tylko jedną grupę społeczną i to niewielką, która zaciera ręce – to wąskie grono ekonomistów, którym dane jest oglądać na żywo zupełnie niepowtarzalny eksperyment ekonomiczny przypominający samodzielne wyciąganie tonącego w bagnie człowieka poprzez ciągnięcie fryzury do góry. Jestem pewien, że polska ekonomia początku lat 20. trafi do podręczników uniwersyteckich na całym świecie – albo jako bezprecedensowy przypadek dźwignięcia gospodarki za pomocą dosypania pustego, niepopartego produktywnością pieniądza albo spektakularnego krachu doprowadzającego najprężniej rozwijającą się gospodarkę w Europie do kazusu greckiego lub argentyńskiego. Hiszpania też by się nadała do porównań bo w sumie państwo hiszpańskie bankrutowało siedemnaście czy osiemnaście razy. Tak czy inaczej będziemy mieli się czym pochwalić.

Smuta zacznie się zaraz po wyborach, kiedy dziesiątki a może nawet i setki miasteczek i miast nie pospina swoich budżetów. Na czym to polega? Na tym, że dochody muszą się zrównać z wydatkami a pieniądze można pożyczyć jedynie na inwestycje. A już na życie – nie wolno. Co to oznacza pieniądze na życie w przypadku samorządów? W budżecie domowym to jest jasne – czynsz, opłaty, raty kredytów, jedzenie, środki higieny, transport. W przypadku samorządów to pensje jego pracowników – nauczycieli, urzędników, służb utrzymania, raty kredytów (też), transport publiczny, prąd na oświetlenie ulic i miejskich budynków, ochronę zdrowia, kulturę, pomoc społeczną i bieżące remonty infrastruktury. Dotychczas po zapłaceniu wydatków na życie zostawała jakaś wolna kwota, którą można było przeznaczyć na budowę dróg, placów, zakładanie parków… Po prostu upiększanie miasta i sprawianie, że staje się ono przyjemniejsze i wygodniejsze do życia. Wszystko to co nazywamy inwestycjami. Fachowo nazywa się to nadwyżka operacyjna i w przypadku Jaworzna wynosiła ona kilka procent budżetu, gdzieś około czterdziestu milionów złotych rocznie. W domowym budżecie te wolne pieniądze odkładamy na przyjemności, większe zakupy albo na wakacje.

Samorządy muszą mieć budżety zrównoważone i zaopiniowane przez taką niezależną instytucję, która nazywa się Regionalna Izba Obrachunkowa. Bez takiej pozytywnej opinii nie można uchwalić budżetu. Bez budżetu się nie porządzi. Rząd przyśle komisarza i ogłosi nowe wybory. A nowy burmistrz będzie miał ten sam problem z budżetem więc po roku komisarz i kolejne głosowanie. Nie jest wielką tajemnicą, że większość polskich gmin ledwo wiąże koniec z końcem i od jakiegoś czasu w ich zbiornikach z paliwem widać dno. Jadą na rezerwie, a rząd im jeszcze upuścił paliwa. Dotyczy to nawet bliskich sąsiadów Jaworzna. Zresztą jak widać, że się w jakimś mieście nic nie dzieje, to najczęściej powodem jest właśnie świecąca się rezerwa a nie nieudolność burmistrza. Te miejscowości po zmianach w podatkach utoną. Albo rozpoczną taką kurację odchudzającą, że mieszkańcy znienawidzą „nieudolne” władze. Albo – jeśli mają możliwość – dowalą podatki od nieruchomości po maksymalnych stawkach, za co również mieszkańcy znienawidzą lokalne władze. Tylko rząd będzie dobry.

Nie mam pojęcia z jakich inwestycji będzie musiało zrezygnować nasze miasto. Prawie sto milionów w cztery lata to kwota przerażająca.

To jest przecież wartość Jaworznickiego Budżetu Obywatelskiego przez ćwierć wieku, albo 40 ryneczków takich jakie powstały w Byczynie czy Dąbrowie Narodowej. Albo siedem velostrad. Albo po prostu wkład własny do projektów unijnych wartych kilkaset milionów złotych.

Ciemne chmury się gromadzą nad samorządami. Największym problemem jest naruszenie zasad gry. Władze lokalne projektowały przyszłość wg stałych zasad – w tym zwiększania dochodów z udziału w PIT w miarę jak będą rosły dochody mieszkańców. Gdzieniegdzie nawet strategie rozwoju gmin na tym się opierały, żeby przyciągać dobrze zarabiających PIT-owców. Zmiana zasad demoluje to wszystko bardziej niż samo zniknięcie pieniędzy. Fiskalizm gminny stracił związek z rozwojem i bogaceniem się mieszkańców.

Rząd ubytek pieniędzy uzupełni sobie dochodami z VAT, który rośnie dzięki rozwojowi gospodarki. Samorządy nie mają innych sensownych źródeł niż udział w PIT i podatki od nieruchomości. Będzie się działo, ale oglądać to będę bez przyjemności.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 18-2019

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

 

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top