Felieton

Dopóki seks nas nie podzieli… – felieton Domagalskiego

Od pewnego czasu w mediach trwa awantura o tzw. „edukację seksualną” – co ciekawe, próbujący zachować bezstronność widz odnosi wrażenie, że wszyscy uczestnicy tego sporu już dawno zapomnieli o jednej, najistotniejszej rzeczy – dziecku, które nieświadome sytuacji siedzi „bose i przerażone” na zimniej podłodze spoglądając raz na jedną, raz na drugą stronę konfliktu…

Zamiast obrzucać się obraźliwymi superlatywami, uczestnicy tej dyskusji powinni zadać sobie podstawowe pytania: „Kto powinien wyjaśniać te trudne i delikatne kwestie związane z wychowaniem seksualnym – rodzic czy nauczyciel, a może wspólnie…uzupełniając się?”, „Czy faktycznie, dzisiejszy program nauczania nie obejmuje spraw ludzkiej fizjologii?”, „Czego brakuje w zajęciach szkolnych i w przestrzeni publicznej, by w kwestiach wiedzy o seksualności zapewnić dziecku maksimum bezpieczeństwa?”

Jest taki stary, ale jakże na czasie, dowcip z brodą:

„Rodzice postanowili „uświadomić” Jasia – jednak zupełnie nie wiedzieli jak się za to zabrać. Ostatecznie wpadli na pomysł, by zlecić to zadanie studentowi, który i tak był korepetytorem ich pociechy. Student zgodził się, ale za dodatkową opłatą. Gdy zatem pewnego dnia przyszedł czas na „dodatkową lekcję z biologii” – rodzice przykleili się do zamkniętych drzwi podsłuchując jak temat zostanie przedstawiony ich synkowi.

– Jasiu – zaczął student – a czy pamiętasz te nasze lekcje w plenerze, na łące, z tymi fajnymi studentkami?

– Nooo – odrzekł chłopiec.

– A pamiętasz co wtedy robiliśmy?

– Tak.

– To wyobraź sobie, że to samo robią ptaszki, rybki i inne stworzenia…”

Edukacja seksualna to ważny temat i z jednej strony nie może on być zamiatany pod dywan jako tabu, ale też z drugiej wynoszenie go na sztandary ugrupowań politycznych jako oręża w walce „o stołki”, czyni z niej „broń” wymierzoną w przeciwnika, a przestaje być kagankiem wiedzy. Kto z nas lubi się uczyć dla pozoru, albo pod przymusem? Tak ważne jest zatem to, kto i w jakich okolicznościach przekazuję tą szczególną naukę młodemu pokoleniu. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że edukacja seksualna powinna w pierwszej kolejności obejmować rodziców, a potem dzieci – nie na odwrót.

Rodzic jest pierwszą osobą, której mały człowiek najbardziej ufa. To właśnie jemu, poznając świat, zadaje pytania: „Co to jest?”, „Dlaczego?”, a w końcu: „Skąd się wziąłem?”.

To właśnie rodzina jest najważniejszym buforem oddzielającym dziecko od zła, a zarazem pomagającym mu stawać twarzą w twarz z pułapkami współczesnego świata, nie tylko ucząc go jak je pokonywać, ale także wspierając w ich wczesnym wykrywaniu. Zatem zrzucanie całej odpowiedzialności za prowadzenie tej formy nauczania, wykraczającego poza podstawowy program na lekcjach biologii, na szkoły jest nieporozumieniem. Szkoła – powinna pełnić uzupełniają rolę w stosunku do zadań spoczywających na rodzicach i koncentrować się głównie na kwestiach związanych z nauką o anatomii człowieka i ostrzegać – przez edukację – przed zagrożeniami ukrytymi w globalnej sieci.

Tymczasem, w przypadku rodziców, zagadnienia związane seksualnością nie ograniczają się jedynie do omówienia fizjologii, ale do umiejętności rozmowy, a bardziej techniki odpowiadania na pytania kilkulatka, a to dopiero początek. Ostatnio jeden z moich znajomych przechwalał się jak szybko jego maluchy są w stanie uruchomić kanał filmowy na smartfonie i tablecie. „Mamy takie czasy” – stwierdził mój rozmówca – „że dziś dziecko wysysa tą wiedzę z mlekiem matki”. O ile nad naszym telefonem mamy jeszcze kontrolę, to jaką kontrolę mamy nad nastolatkiem przesiadującym przed tabletem czy laptopem z dostępem do internetu? Czy jesteśmy świadomi wszystkich zagrożeń czyhających na młody, ciekawy umysł buszujący w sieci? Czy dla spokoju własnego sumienia wychodzimy z założenia, że skoro „włączyliśmy” opcję „ochrony rodzicielskiej” w systemie sprzętu to nastolatek jest już na pewno bezpieczny? Niech mi nikt nie mówi, że to żaden problem – bo kto z mas dorosłych, jako dziecko, miał nieograniczony dostęp do internetu i pełną wiedzę na temat zagrożeń z tym związanych. Pamiętajmy, że to właśnie obecne młode pokolenie rodzi się z włączoną w mózgu opcją „Wi-Fi search”?

W przedszkolach, a potem szkołach powinny być zorganizowane obowiązkowe spotkania rodziców z pedagogiem, dyplomowanym (a nie samozwańczym) seksuologiem i… ekspertem od cyberprzestępczości. Dlaczego obowiązkowe? – by mieć gwarancję, że bez względu na poziom wiedzy nikt nie będzie wykluczony z takiego programu. Takie spotkanie byłoby też podstawą do zaprezentowania (to oczywiście w szkołach) konspektów lekcji, zatwierdzonych przez kuratorium oświatowe, dotyczących edukacji wykraczającej poza standardowy program „zajęć z biologii”, dostosowanej do poziomu dojrzałości fizycznej i emocjonalnej ucznia. To istotny element tej misternej układanki opierający się na nienaruszalnym prawie wychowania dziecka z własnymi przekonaniami rodziców.

W całej tej konstrukcji pozostaje do wyjaśnienia jeszcze jedna kwestia… a co w sytuacji, gdy nastolatek będzie chciał zadać trudne pytania, jednak obecność rodzica czy nauczyciela będzie go mocno krępowała? Chyba każdy z nas miał w życiu taki moment… Czy zatem ktoś „z dorosłych” o tym tak naprawdę mówi, jak zapewnić z jednej strony komfort dotarcia do rzetelnych odpowiedzi mając przy okazji zagwarantowaną anonimowość? Być może rozwiązaniem w tej kwestii byłby… internet, a dokładniej cyfrowa platforma prowadzona przez psychologów, seksuologów, pedagogów pod nadzorem np. ministerstwa zdrowia, a pełniąca w rzeczywistości rolę „anonimowego telefonu”. To jedna z koncepcji, ale myślę że nie jedyna – i tu potrzeba prawdziwej burzy mózgów jak pomóc w tych sprawach młodym ludziom.

Temat edukacji seksualnej, właściwie prowadzonej wśród dzieci i młodzieży, to jedno z najtrudniejszych i najdelikatniejszych zagadnień związanych z wrażliwością i poczuciem bezpieczeństwa młodego człowieka. Jak najbardziej uważam, że sprawa wymaga merytorycznej dyskusji w gronie rodziców, nauczycieli i ekspertów – którymi z pewnością nie mogą być zarówno „studenci” z rzekomo postępowych fundacji i stowarzyszeń oraz jacykolwiek politycy. Natomiast nic nie zmieni faktu, że to my – rodzice jesteśmy przewodnikami naszych dzieci przez życie, dopóki w sztafecie pokoleń one nie przejmą od nas „pałeczki”… lecz potem i tak, z reguły, mogą na nas liczyć.

Dawid Domagalski

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 21-2019

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

 

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top