Felieton

„Ekoświęta”, czyli „śmieciowe prezenty” – felieton Dawida Domagalskiego

Idą święta, a z nimi zakupowe szaleństwo. Nie ma co ukrywać, że wbrew zdrowemu rozsądkowi – większość z nas wciąga konsumpcyjny wir. Polując, mniej lub bardziej udanie, na „okazje” czy „ekstra promocje” – wpadamy w sidła handlowych sieci, przez co coraz bardziej wnika w nas jedna z najbardziej agresywnych chorób cywilizacyjnych – konsumpcjonizm.

 

Paradoks tej sytuacji polega na tym, że im bardziej chcemy być „pro-eko” tym bardziej stajemy na drugim biegunie walki o czyste środowisko niszcząc je na niespotykaną dotąd skalę. Dziś ekologia to świetny biznes – wystarczy dokleić trzy magiczne literki (EKO) do nazwy każdego produktu i jego cena od razu idzie do góry. Pytanie tylko jaki jest rzeczywisty wpływ zastosowanej technologii na otaczającą nas przyrodę. Żeby jednak dodać pikanterii nie powinniśmy tylko zwracać uwagi na to jak gotowy produkt oddziałuje na środowisko, ale na ogół kwestii z nim związanych od momentu jego wytworzenia, aż do utylizacji – o tym niestety nikt nie pamięta, albo nie jesteśmy tego świadomi.

Od kilku lat słowo „smog” stało wyjątkowo popularne.

Co ciekawe „smogiem” zaczęto nazywać praktycznie każdą formę zanieczyszczenia powietrza, chodź nie każde zanieczyszczenie to smog – ale, by nie czepiać się szczegółów pozostańmy przy tak szeroko pojętej definicji. W całej Polsce pojawili się nagle aktywiści narzekający na smog i słusznie, ale bardziej interesuje mnie to dlaczego nie artykułowali publicznie tego problemu wcześniej – nie było go? Dla przykładu w Jaworznie, w ostatnich latach wymieniono już ponad 5 tys. kotłów węglowych tzw. „kopciuchów” na „ekologiczne” formy ogrzewania. Czy wtedy – 5 tysięcy kotłów temu – powietrze było czystsze niż dziś? Wracając jednak do jakości tego czym oddychamy to na każdym kroku atakują nas reklamy „oczyszczaczy powietrza”, dzięki którym w naszych domach zwalczymy zanieczyszczenia i będziemy zdrowsi… Większość, jak nie wszystkie, tego typu produkty są wytwarzane w Chinach, gdzie „ekolodzy” mają tyle do powiedzenia co karp przed wigilią. No, ale przecież – ktoś zauważy, że to problem Państwa Środka, a nie nasz – czy na pewno? Przypomina mi się takie stwierdzenie często używane w reklamach, że „mądry syropek” trafia prosto do oskrzeli, a głupia woda do żołądka. Muszę tu rozczarować kilka osób: oddychamy tym samym powietrzem i pijemy tą samą wodę, a nasz świat jest jednym ekosystemem. Załóżmy zatem, że już mamy taki oczyszczacz i podłączamy go do prądu – niech czyni nasze życie lepszym. Jednak i tu pojawia się kolejny problem, bo prąd płynie z tak bardzo krytykowanej przez niektóre środowiska elektrowni węglowej – i tu mamy kolejny paradoks. W Polsce ta forma produkcji energii jest ostatnio „niemodna”, a np. w Niemczech śpiących na złożach węgla brunatnego i będących jednym z największych jego wydobywców na świecie oraz największym w Europie importerem węgla kamiennego jest wręcz pożądana do tego stopnia, że nasi zachodni sąsiedzi nie dość, że planują się wycofać z energetyki atomowej to przygotowują się do uruchomienia nowego bloku energetycznego w oparciu o „czarne złoto”. Od razu widać, że chyba u nas „ekoaktywiści” czują się bezpieczniej niż w Niemczech czy Chinach, bo tam tak jakoś rzadziej protestują. Wróćmy jeszcze na chwilę do naszego oczyszczacza – kiedy rzetelnie wykona swoją pracę zakomunikuje, że należy mu wymienić filtr, który staje się odpadem. Zastanawiam się jak i czy w ogóle podlega on procesowi recyklingu?

Skoro jesteśmy przy temacie odpadów to dopiero teraz rozwijają się skrzydła panującego w naszym kraju „odpadowego absurdu”.

Jak każdy z nas już zauważył ceny za wywóz śmieci poszybowały nie tylko w Jaworznie, ale i w każdej innej gminie, horrendalnie do góry. Bezsprzecznie problem jest ogólnokrajowy, bez względu na to jaka opcja polityczna rządzi w danej gminie. Jego źródłem jest ustawa o utrzymaniu w czystości i porządku w gminach przyjęta przez Sejm w 2013 r. Upraszczając: ustawa ta zamiast uporządkować kwestie związane z gospodarką odpadami, z uwagi na swobodę interpretacyjną jej zapisów, doprowadziła do tego, że w dość szybkim czasie „rynek” został „podzielony” i zmonopolizowany przez duże firmy. Skoro konkurencja na rynku jest niewielka to również jakość świadczonych przez nie usług pozostawia często wiele do życzenia. Co więcej – na mieszkańców „przepis prawny” nałożył obowiązek nieodpłatnego segregowania odpadów (wyręczając tym samym firmy, które na recyklingu zarabiają) i oczywiście płacenia za ich wywóz. Światełkiem w tunelu okazała się możliwość obsługi gmin w zakresie gospodarki odpadami w systemie „in-house”, co mówiąc w skrócie oznacza, że samorządy zaczynają stopniowo same się organizować w zakresie odbioru śmieci. Takie rozwiązanie daje przynajmniej większy wpływ na jakość świadczonych w tym zakresie usług, a przy okazji uniezależnia mieszkańców od monopolistycznych zapędów „prywatnych firm”. To jednak stanowczo za mało by mówić o powrocie do normalności w tej sprawie. Ustawa o utrzymaniu w czystości i porządku w gminach wymaga zmian dostosowujących ją nie tylko do standardów w innych europejskich państwach, ale przede wszystkim pozbawiając tzw. luzów interpretacyjnych. Nie bez znaczenia są krytyczne uwagi Najwyższej Izby Kontroli wynikające z raportów pokontrolnych sporządzonych w 2015 i 2017 roku. Jest to o tyle istotne, że każda uchwała rady gminy w tym zakresie musi być zgodna z zapisami ustawowymi. Dlatego tak długo jak nasi przedstawiciele w parlamencie – posłowie i senatorowie nie dokonają skutecznych zmian w obowiązującym w tym zakresie prawie – problem śmieciowy będzie się wszystkim odbijał czkawką…

Święta – a po świętach zostaje nam masa bezużytecznych, jednorazowych – często niezdatnych do recyklingu ozdób, opakowań po zakupionych towarach, w tym prezentach.

Wszystko oczywiście uprzątniemy, w mniejszym lub większym stopniu „zamiatając pod ekologiczny dywan”. Po czym, gdy dotrze do nas ile pieniędzy za fajerwerki poleciało w powietrze zaczniemy ponownie narzekać na to jak świat jest zanieczyszczony i dlaczego służby miejskie nie uprzątnęły odpadów z naszych rac, butelek i puszek po napojach, które najprawdopodobniej pozostawili w miejscach publicznych kosmici… ale na pewno nikt z nas. W 2010 r. spędziłem sylwestrową noc na wyspie Overflakke w Holandii. Po północy wielu mieszkańców Middelharnis hucznie bawiło się przed swoimi domami: były sztuczne ognie, serpentyny – taki uliczny bal. W noworoczny poranek zobaczyłem jednak coś, czego na długo nie zapomnę – wszyscy mieszkańcy z miotłami i szufelkami sprzątali okolicę z „poimprezowych” śmieci. Zaskoczony tym widokiem skomentowałem, że to miłe, że społeczność pomaga służbom komunalnym w uprzątnięciu tego bałaganu. Na co usłyszałem, że „oni nie pomagają tylko sami sprzątają, bo to są ich śmieci a nie miasta…”

Wiecie co? Bycia EKO nie zaczyna się od akcji promocyjnych i hucznych protestów lecz od siebie – swojego postępowania.

Dawid Domagalski

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Artykuł pochodzi z gazety: EXTRA 24-2019

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

 

Najnowsze

To Top