Sport i rekreacja

WYWIAD | Bogdan Wołkowski – bilardowy magik

Istnieją wspaniałe dyscypliny sportowe, które rozgrzewają serca zagorzałych fanów, a o których niewiele wiemy, ponieważ nie są one tak bardzo promowane w mediach jak na przykład piłka nożna czy skoki narciarskie. Ludzie, którzy oddają im serca są niesamowici i potrafią zaskakiwać. Jedną z takich niezwykłych postaci jest czternastokrotny Mistrz Świata w trikach bilardowych – Bogdan „the Wizard” Wołkowski, z którym rozmawiamy o początkach jego kariery, o tym jak obecnie wygląda jego życie oraz o planach na przyszłość.

 

Passion Piece: Jest Pan wielokrotnym Mistrzem Świata w trikach bilardowych i różnych odmianach bilardu artystycznego. Jak rozpoczęła się Pana przygoda z tym sportem?

Bogdan Wołkowski: Przygoda z bilardem rozpoczęła się końcem lat 80-tych i początkiem 90-tych. Wtedy zaczęto do nas sprowadzać stoły bilardowe i można było zaobserwować swoistego rodzaju odnowę tej dyscypliny. Należy pamiętać o tym, że przed wojną Polska była bardzo znana z bilardu, ale głównie z karambola. Próbowałem uderzyć kilka kulek, spodobało mi się, bo jedną wbiłem dość szybko. Jednakże nieco później nie było już tak łatwo i bile wcale nie chciały wpadać. Ponieważ z natury jestem dość uparty, starałem się ulepszać technikę swojej gry. Totalnie zakochałem się w bilardzie. Na początku była to tylko zabawa, która z czasem przerodziła się w pasję, a teraz jest to już mój prawdziwy zawód.

Bilard to dyscyplina, o której niewiele się mówi. Kto był pańskim guru? Na kim się Pan wzorował?

– Był taki pan, a właściwe jest, który nazywał się Mike Massey. Amerykanin, wykonujący niesamowite strzały bilardowe, takie można by powiedzieć sportowe czary-mary, bardzo mi się to podobało. Swoją zabawę z bilardem zacząłem od jego podstawowej odmiany. Tak się złożyło, że w 1992 roku mój idol przyjechał na pierwsze Mistrzostwa Polski, które odbywały się w Katowicach. Pokazywał na nich swoje triki bilardowe, dla nas wszystkich, którzy się tam zebrali, a było nas paręset osób, było to naprawdę niesamowite doświadczenie. Każdy z widzów i zawodników obserwował te wszystkie sztuczki bilardowe z szeroko otwartymi ustami, prawie nie oddychając. To było wręcz niemożliwe, ale on sprawiał, że jego kule cofały się, przeskakiwały jedna nad drugą, by w końcu zrobić zakole w celu ominięcia innej bili. Na bankiecie, po mistrzostwach, Mike pokazał nam jak wykonać kilka strzałów, mnie osobiście również pokazał kilka trików, a ja patrzyłem na niego jak w obrazek. I tak zacząłem ćwiczyć coraz intensywniej. Rok później, kiedy znów zagościł w Polsce, to ja mu pokazałem kilka trików, które teraz z perspektywy czasu uważam za bardzo banalne, ale Mike’owi się podobały i pochwalił mnie za nie. Zaczynałem trenować coraz bardziej i bardziej, potrafiłem grać z kumplami w jednym lokalu przez trzy dni, zupełnie z niego nie wychodząc. Zaniedbywałem ówczesną pracę, na rzecz bilardu, który stał się moją potężną pasją. Oglądając programy sportowe, na których były pokazywane mistrzostwa świata w trikach bilardowych, myślałem sobie tak, że gdyby mnie tylko na nie puścili, to bym je z pewnością wygrał i taki był właśnie mój cel. W końcu mi się to udało w 1997 roku, pierwsze Mistrzostwa Świata, na które dostałem zieloną kartę. Spotkałem się wtedy z moim guru w jednym pojedynku i go wygrałem. To było fantastyczne doświadczenie. Niesamowitym było nie tylko to, że były to moje pierwsze mistrzostwa tego typu, ale również to, że wygrałem w nich starcie z Mike’m, który zresztą do tej pory jest moim bardzo dobrym przyjacielem. Była to dla mnie ogromna motywacja, dopiero po powrocie do domu dotarło do mnie, że jestem Mistrzem Świata. Trenowałem wtedy w granicach pięciu godzin dziennie, a później te treningi wzrosły nawet do dziesięciu godzin, cały czas i nie było wymówek, że to sobota, niedziela czy moje urodziny.

Odnosił Pan sukcesy nie tylko w Polsce, ale i na arenie międzynarodowej. Które ze zwycięstw najbardziej zapadło Panu w pamięci? Dlaczego?

– Z tych wszystkich mistrzostw, które miałem okazję grać, a było ich dość sporo, bo zdobyłem 14 tytułów Mistrza Świata, trudno wyróżnić jedno szczególne wydarzenie. Raz zająłem drugie i raz trzecie miejsce, z tego powodu byłem wtedy bardzo wściekły, bolało mnie to, bo była szansa wygrać. Nie wiem czy to, jak się czułem było spowodowane moją zarozumiałością, pojawił się jeden błąd, potem następny i niestety nie udało mi się zdobyć pierwszego miejsca. Jak już wspomniałem bardzo mnie to bolało, dlatego zacząłem trenować jeszcze intensywniej. Nie ma jednego takiego wydarzenia, które zapadłoby mi szczególnie w pamięci, mimo że wszystkie są na podobnym poziomie, to każde jest inne i do każdego mistrzostwa czy turnieju podchodzi się inaczej, ale wszystkie są ważne, emocje są takie same, jedzie się po to, żeby wygrać, żeby pokazać, że jest się najlepszym.

Bilard to nie tylko technika czy precyzja, ale i stan umysłu. Jak radził sobie Pan ze stresem, który jest nieodłącznym towarzyszem tego typu wydarzeń?

– Podczas każdych zawodów jest stres, gdyby nie ta adrenalina, to nie byłoby sportu. Jeżeli jest stres, który można opanować, to bardzo dobrze. Uważam, że zdenerwowanie pojawia się wtedy, kiedy nie umiemy czegoś za dobrze wykonać, a musimy to zrobić jak najlepiej, by dobrze wypaść, wtedy wytwarza się stres, robią się nerwy i adrenalinka rośnie dość znacząco. W całym naszym sporcie – w bilardzie – bardzo ważna jest głowa, nie obyłoby się tutaj bez pomocy psychologa sportowego, albo swojej własnej praktyki. Bez takiego wsparcia będzie o wiele trudniej dojść do jakiegoś znaczącego sukcesu. Miałem ogromne szczęście współpracować ze swoją panią psycholog, która pomogła mi w przygotowaniach do mistrzostw oraz pokonywaniu stresu i radzeniu sobie w sytuacjach dla mnie trudnych. W wojsku mieliśmy Metodę Silvy, przydatną głównie w celu wizualizacji i koncentracji, korzystałem z niej przez 15 lat właściwie codziennie, szczególnie jeżeli chciałem sobie coś zwizualizować, albo przerobić złe wydarzenia na te dobre. W czasie treningów też korzystałem z tej metody, by wizualizować sytuacje, które mogły mnie spotkać na mistrzostwach świata, wyobrażałem sobie jak się skoncentrować, zachować oraz co zrobię. Udawało mi się to wszystko dość dobrze opanować na mistrzostwach, gorzej było w czasie zwykłych meczów, podczas których potrafiłem rzucić ze złości kijem, a nawet go połamać. Jednak po 30-40 sekundach całe napięcie powoli schodziło, do momentu, w którym dochodziło do mnie, że mogłem zrobić to inaczej, i znowu rozpoczynała się ciężka praca. W naszym klubie również staramy się, żeby dzieciaki miały cały czas kontakt z psychologiem, który podpowiada im jak ćwiczyć. Niedługo zamierzam zrobić kurs na medytację w sporcie, w której medytacja jest powiązana razem z gimnastyką.

Obecnie zajmuje się Pan treningiem bilardowym dzieci, młodzieży i dorosłych w Centrum Szkolenia Bilardowego Fair Play w Jaworznie. Czy dostrzegł Pan wśród nich perełki, które kiedyś mogłyby stać się pańskimi godnymi następcami?

– Przez te wszystkie lata zbierałem doświadczenia, wiedziałem jak trenować, jak nie trenować i żeby to wszystko wychodziło dobrze. Kiedy zakończyłem swoją karierę, było mi jakoś dziwnie, dlatego chciałem podzielić się swoją wiedzą z innymi, chciałem ją oddać młodszym pokoleniom. Wszystko rozpoczęło się od Centrum Szkolenia Bilardowego, a następnie doszła do tego druga filia Uczniowski Klub Sportowy Fair Play. Zaczęło się od czterech dzieciaków, a w tej chwili mamy ich prawie dwudziestu pięciu, natomiast grupa dorosłych składa się z dziewięciu osób. Jeżeli chodzi o zdolnych zawodników, to mamy takich, a w szczególności chciałbym wspomnieć o Dominiku Jastrzębiu (12 lat), który jest tutaj w czołówce, z ostatnich Mistrzostw Europy przywiózł dwa złote medale, jedno srebro, natomiast na Mistrzostwach Świata sklasyfikował się na dziewiątym miejscu, a oprócz tego Sambor Stachowiak, któremu też idzie bardzo dobrze, jednak wciąż jeszcze czeka na swój awans do mistrzostw. To są właśnie nasze perełki.

Wyjazdy na wszelkiego rodzaju mistrzostwa czy turnieje niewątpliwie wiążą się z pewnymi kosztami. Jak wygląda finansowanie tego sportu?

– Muszę przyznać, że są spore problemy z finansowaniem. Jeżeli nie jest się piłkarzem, siatkarzem czy tam skoczkiem narciarski i nie bywa się często w telewizji, to jest o wiele trudniej znaleźć sponsora, my mamy z tym problem. Zakładając ten klub sfinansowałem dużo rzeczy, między innymi stoły bilardowe. Chciałem po prostu uczyć te dzieciaki jak grać. Dwa lata temu zaczęliśmy grać w drugiej lidze bilardowej, zabrakło nam wtedy kilku punktów. W tym roku wyszliśmy z drugiego miejsca, niewiele nam brakło, ale wystarczyło nam do eliminacji do rozgrywek pierwszoligowych, a dzięki temu wywalczyliśmy awans do pierwszej ligi, i tutaj zaczynają się te wcześniej wspomniane finanse. Płacimy roczne składki, zbieramy pieniądze na wszelkie sposoby. Bardzo nas wspiera Urząd Miasta Jaworzno, pomocni są również rodzice, którzy przewożą dzieci na zawody, wszystko co się da opłacamy ze składek. Jednak nie zawsze jest łatwo.

Czy należy mieć jakieś szczególne predyspozycje, aby uprawiać ten sport?

– Myślę, że z pewnością bardziej niż predyspozycje należy mieć wyobraźnię i wewnętrzny spokój. Wyobraźnia przestrzenna w połączeniu z matematyką, geometrią oraz fizyką. To wszystko można stosunkowo szybko opanować, później ważne jest samozaparcie oraz ciężka praca, bo treningi bilardowe są z reguły strasznie nudne i niekiedy przez całą godzinę ćwiczy się tylko jedno uderzenie.

Gdzie widzi Pan siebie w najbliższej przyszłości? Nad jakimi projektami Pan obecnie pracuje?

– Moja przyszłość będzie dalej związana z bilardem, nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić coś innego, zresztą chyba nie umiem nic innego. To już nie jest ani pasja, ani miłość, to już jest powietrze, którym oddycham, nie umiem żyć bez bilardu. Jak nie gram, to jestem chory. Pracuję teraz nad dwoma projektami, podpisałem trzyletni kontrakt na przeszkolenie dwóch juniorów, a dokładnie juniora i juniorki. Moim zadaniem jest doprowadzić ich do tytułu Mistrza Polski, a oprócz tego prowadzę bilardową ekstraklasę Nosan Kielce i kadrę narodową kobiet. Coraz więcej biorę na siebie różnych projektów i myślę o sukcesach moich zawodników, wcześniej wspomnianego Dominika oraz Sambora.

Dziękuję Panu bardzo za tą niezwykle ciekawą rozmowę i życzę dalszych sukcesów zarówno podczas turniejów, jaki i szkolenia swoich następców.

Rozmawiała Natalia Gerlich, autorka bloga Passion Piece

Pełny wywiad: Bogdan „the Wizard” Wołkowski

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top