Felieton

Chcesz mieć korki – buduj parkingi – felieton Toszy

Kolejna wycieczka na jaworznickich drogach – wiceprezydent Bełchatowa, szef wydziału inwestycji i naczelnik tamtejszej drogówki. Jeździmy już drugą godzinę a oni nie mogą się napatrzeć rozwiązań. Na ul. Jaworznickiej w rejonie Gagarina uprzedzam: – Teraz pojedziemy odcinkiem, który jest skrajnie niebezpieczny dla pieszych, ale rozumiecie na pewno, że wszystkich dróg nie jesteśmy w stanie z powodu braku pieniędzy przebudować. Tu jest aż kilkanaście metrów szerokości asfaltu, jezdnia prowadzi w dół. Kierowcy jadą tu szybciej nawet mimowolnie. W tym miejscu do potrącenia może dojść w każdej chwili – tłumaczyłem dojeżdżając do przebudowanej ul. Sobieskiego. Dwa dni później do potrącenia doszło. Na szczęście pieszy jest tylko poturbowany.

Do wypadków dochodzi nie dlatego, że ktoś tego chce. One dzieją się mimowolnie i z powodu ograniczeń fizjologicznych jakie mamy. Lubimy jako gatunek szybko jeździć. I jednocześnie nasze ciała i umysły nie są do dużych prędkości dostosowane. Dlatego pojawiły się prawne ograniczenia prędkości. Żebyśmy w nieprzewidzianej sytuacji zdążyli ją nie tylko zauważyć ale i zareagować. Gdy dochodzi do wypadku zwykle z tym drugim nie dajemy rady. A czasem nawet z pierwszym. Czyli nie reagujemy a nawet nie widzimy, że coś się dzieje. „Panie władzo, to się stało nagle”.

Policja podała w tym tygodniu ciekawe statystyki a media jeszcze ciekawsze wyniki badań opinii publicznej – według policji w 93 procentach wypadków z pieszymi to kierowcy są winni. Tymczasem tylko połowa ankietowanych Polaków tak uważa. Niezła rozbieżność. W drugą stronę również – piesi okazali się sprawcami siedmiu procent wypadków, zaś opinia publiczna uważa, że piesi winni są trzykrotnie częściej. Ja ufam jednak bardziej statystykom niż opiniom. Fakty kontra „mniesięzdaje”.

To nawet nie jest polska specyfika – kierowcy na całym świecie nie znoszą rowerzystów uważając ich za drogowych anarchistów. Tylko badania naukowców temu przeczą – rowerzyści podejmują znacznie mniej ryzykownych działań niż kierujący samochodami. W świecie rozbieżności faktów i opinii bardzo trudno funkcjonować.

Przez stolicę Metropolii – tej z zachodu – przetacza się dyskusja w sprawie budowy parkingu na półtora tysiąca samochodów w strefie kultury. Katowice w tym temacie są zapóźnione o jakieś piętnaście lat w stosunku do naszej „wschodniej” metropolii. Opowiadał o tym z krakoską szczerością Marcin Wójcik z Zarządu Transportu Publicznego podczas debaty w klubokawiarni Stowarzyszenia Architektów RP. Że kilkanaście lat temu znaleźli frajera, który pod placem na Groblach zbudował podziemny parking z koncesją na 70 lat. W historii naszego miasta macierzy to moment, a portugalski deweloper wtopił jak mało kto. Wierzył, że polscy kierowcy chcą płacić za parkowanie. Frajer. Naprawdę prawdziwy frajer. Czasem pod Groblami zajęte jest jedna czwarta miejsc.

Teraz wiarę w chęć polskich kierowców do płacenia za parkowanie posiadają władze stolicy metropolii. Wymyślili, że ich TBS zaciągnie kredyt, zbuduje parking i wszystko ładnie się spłaci z opłat wygłodniałych parkowania kierowców. Taaaaa… Już to widzę.

– Ale przecież już dziś naziemny parking nabity jest do ostatniego miejsca – tłumaczyli katowiccy urzędnicy. – Bo jest darmowy – rzucił ktoś z sali. A ktoś inny dodał, że łatwo można sprawdzić czy taki będzie pełny jak choćby eksperymentalnie wprowadzi się tam na jakiś czas choćby symboliczne opłaty. Takie coś nazywa się prototypowaniem i można za jego pomocą sprawdzić czy „mniesięzdajowe” pomysły sprawdzą się w rzeczywistości. Oj, byłoby bolesne zderzenie z rzeczywistością.

Po drodze do zbudowania parkingu w Strefie Kultury – poza architektonicznym konkursem – będzie jeszcze jeden problem – tamtejsi urzędnicy wierzą, że uda się zbudować piękny parking (pasujący wyglądem do znakomitych architektonicznie Spodka, wieżowców KTW, centrum kongresowego, NOSPR-u i Muzeum Śląskiego) za 40 tysięcy zł za miejsce parkingowe. A podobno to ja jestem optymista… W Jaworznie jedno miejsce kosztowało sto tysięcy.

Katowice zapowiadają od lat wprowadzenie ograniczeń dla ruchu pojazdów indywidualnych w centrum, ale zanim to zrobią to jeszcze dobudują dodatkowe pasy za tunelem w stronę Mysłowic, poszerzą drogę na południe w Giszowcu i zbudują parking powierzchniowy na półtora tysiąca miejsc koło Spodka. Żeby sobie wyobrazić jaka to kubatura, to proszę sobie wyobrazić, że parking piętrowy przy terminalu lotniska w Balicach ma 1130 miejsc. I jest jego wielkości.

Zanim jeszcze rozpoczęła się dyskusja, to organizatorzy debaty ze stowarzyszenia Napraw Sobie Miasto pokazali wyniki swoich własnych pomiarów tego co się dzieje z parkowaniem w Katowicach.

Na mapce metropolii kolorami zaznaczono ilość samochodów z otaczających Katowice miast zaparkowanych na katowickich ulicach. Od zielonego, przez żółty, czerwony do brunatnego. Sosnowiec i Mysłowice na mapce były czerwono-brunatne. Jaworzno – ciemnozielone. – Ładnie to wygląda – pomyślałem. Przynajmniej Katowice nie mogą mieć do mieszkańców Jaworzna pretensji, że im rozjeżdżamy miasto.

Ale prawdziwe wyjaśnienie tego fenomenu znalazłem godzinę później na przystanku na Alei Korfantego skąd odjeżdżają dziesiątki linii autobusowych po całej metropolii. Na przystanku na swój autobus czekało czterdzieści osób. Kiedy podjechał seledynowy przegubowy elektrobus z Jaworzna wsiadło do niego… trzydzieści osób.

Tomasz Tosza

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 3-2020

Polecamy: Podsumowanie stycznia na parkingu MCIT

Polecamy: Samochody to nie zło. Nadmiar. Owszem – felieton Toszy

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

 

1 Comment

1 Comment

  1. Pingback: Podsumowanie stycznia na parkingu mcit – extra

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top