Felieton

Na ile wyceniasz swoje życie? – felieton Domagalskiego

Na pytanie „na ile wyceniasz swoje życie?” każdy z nas odpowie, że jest bezcenne, warte wszystkiego co nas otacza… a i tak to za mało… Czy na pewno?

Co pewien czas w mediach przetacza się dyskusja na temat potrzeby jazdy w kasku na rowerze i choć wydawać by się mogło, że temat ten dotyczy tylko cyklistów – to jest to mylne pojmowanie zagadnienia. Problem jazdy bez kasku, a bardziej negatywnych konsekwencji tego zaniechania, dotyka każdego z nas, tak samo jak np. skutki palenia papierosów.

Oczywistym jest, że jak wiele spraw nas otaczających również i rowerowe kaski mają swoich zwolenników oraz przeciwników. Kiedyś zapytałem kilku moich znajomych, dlaczego nie zabezpieczają głowy wsiadając na rower? Odpowiadali, że, ten „hełm” zniszczy ich fryzury, „wyglądają obciachowo”, czują dyskomfort, bo to „drogi gadżet”. Pojawiały się również stwierdzenia, że nie jeżdżą tak jak zawodowcy szybko i niebezpiecznie oraz „że skoro jako dzieci nie używali tej formy ochraniacza – to tym bardziej teraz jest im to nie potrzebne, bo przecież do tej pory nic się nie stało”… Pamiętam jak jakieś dwa lata temu na sesji Rady Miejskiej w Jaworznie wystąpiłem z apelem o to, by w naszym mieście propagować działania zmniejszające ryzyko odniesienia poważnych urazów w trakcie rowerowych przejażdżek. W trakcie swojej wypowiedzi zaprezentowałem fotografie pochodzące z kampanii społecznej przeprowadzonej w Azji, a przedstawiały one osoby po wypadkach, które tłumaczyły dlaczego nie założyły kasku – wyjaśnienia te były zadziwiająco zbieżne z tym co ja usłyszałem od niektórych swoich koleżanek i kolegów. Przekaz był bardzo dosadny w treści i tylko „ponoć na skutek awarii” nie znalazł się on w oficjalnej transmisji z posiedzenia jaworznickich rajców.

Tymczasem statystyki wyraźnie wskazują, że jazda w kasku zmniejsza ryzyko urazu głowy, w tym twarzy, nawet o 50%, a ryzyko śmiertelnego uszkodzenia tej części ciała jest nawet zredukowane o prawie 70%.

Dziś zakup kasku nie jest problemem – najtańsze modele zapewniające podstawową ochronę naszego mózgu kosztują raptem kilkadziesiąt złotych, te posiadające bardziej zaawansowaną technologię np. MIPS – kilkaset złotych i więcej. W sklepach rowerowych sprzedawcy pomogą nam wybrać egzemplarz, który nie tylko idealnie będzie do nas pasował, z uwagi na naszą budowę anatomiczną czy styl jazdy, ale przy okazji będzie także… modnie wyglądał – jeśli ktoś kieruje się także tym kryterium wyboru. Co ciekawe, w czasie swoich „mikropodróży” z przerażeniem obserwuję sytuacje, gdzie dzieci właściwie zabezpieczone przed skutkami upadków towarzyszą rodzicom jadącym obok nich bez kasku. Fakt, mali rowerzyści są bardziej narażeni na „przewrotkę” niż dorośli, ale czy wypadek dorosłego nie wywołuje u niego żadnych obrażeń? Kask nie daje gwarancji bezpieczeństwa – daje za to szansę na przeżycie lub uniknięcie kalectwa. Pamiętajmy o tym, że obrażenia w czasie rowerowej przejażdżki nie odnosi się tylko w przypadku zderzenia z innym pojazdem czy ekstremalnie brawurowej jazdy. Wystarczy spokojna wycieczka ścieżką rowerową, oddaloną od jezdni i śliska nawierzchnia na zakręcie, wyskakujący znienacka pies, czy zwykła utrata równowagi… potem mamy upadek i uderzenie głową o asfalt, kamień, drzewo… Już tak prosty scenariusz obala argumenty przeciwników jazdy w kasku, którzy powołują się na badania, które mają „dowodzić”, że kask może być przyczyną większej liczby wypadków. Otóż, powołują się oni na dane, zgodnie z którymi kierowcy mijający rowerzystów z „bezpiecznym nakryciem głowy” przejeżdżają bliżej nich nawet o 8,5 cm niż obok tych, którzy podróżują z rozwianym przez wiatr włosem. Problem w tym, że na jezdni zagrożeniem jest nie tylko samochód, ale także niestety sam rowerzysta oraz infrastruktura drogowa. Przykładem ostatniego może być tragiczny w skutkach wypadek w trakcie 3 etapu ubiegłorocznego Tour de Pologne, gdzie belgijski młody kolarz Bjorg Lambrecht najechał na tzw. „kocie oczko” (paradoksalnie mające w założeniach ratować życie), stracił równowagę i uderzył w betonowy przepust. Fakt, kask nie uratował mu życia, bo zawodnik doznał wielonarządowego urazu klatki piersiowej, ale zdarzenie to pokazuje, że zagrożeniem na drodze nie są tylko inni uczestnicy w ruchu. Zresztą, po co szukać przykładów w zawodowym kolarstwie, gdzie ryzyko odniesienia obrażeń jest o wiele większe niż w przypadku zwykłej przejażdżki – kto z nas nigdy nie przewrócił się, jadąc na rowerze, z powodu poślizgu na żwirze, doboru niewłaściwej techniki pokonania krawężnika, wjechania w koleinę czy choćby spektakularnego w skutkach naciśnięcia przedniego hamulca?

Na koniec jeszcze dwie refleksje. Pierwsza jest bardziej ogólna – nawet najlepszy, najdroższy i najbardziej zaawansowany kask nie zapewni nam większego poziomu bezpieczeństwa jeśli na jezdni, drodze rowerowej czy ścieżce nie włączymy myślenia i racjonalnej oceny sytuacji, na którą mamy faktyczny wpływ.

Druga wiąże się z sytuacją, której byłem świadkiem – w sklepie ze sprzętem RTV klient finalizując transakcję zakupu nowego smartfona za kilkaset złotych poprosił sprzedawcę o dobre etui i zabezpieczenie ekranu dodatkową folią przed rozbiciem. Za te ulepszenia zmniejszające ryzyko uszkodzenia sprzętu w czasie upadku zapłacił ekstra 129 zł. Właśnie wtedy uświadomiłem sobie jak bardzo wielu z nas dba o to, by podręczna elektronika nie uległa zniszczeniu, choćby zarysowaniu.

Zabezpieczenie smartfona kosztuje mniej więcej tyle za ile można kupić podstawowy kask zwiększający ochronę naszego zdrowia i życia. Czy jest ono warte tej inwestycji?

Dawid Domagalski

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 3-2020

Polecamy: Samochody to nie zło. Nadmiar. Owszem – felieton Toszy

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

 

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top