Sport i rekreacja

Rowerowa wyprawa z pandemią w tle – rozmawiamy z Ryszardem Karkoszem

Na rowerze zjeździł świat wzdłuż i wszerz, a o swoich podróżach mógłby opowiadać godzinami. Postać nietuzinkowa – obieżyświat, podróżnik, dziennikarz, zapalony rowerzysta. O kim mowa? Oczywiście o Ryszardzie Karkoszu, z którym udało się nam porozmawiać o jego ostatniej olimpijskiej wyprawie, którą niestety przerwał wybuch pandemii koronawirusa SARS-CoV-2.

Ryszard Karkosz ma na swoim koncie setki tysięcy kilometrów przejechanych na rowerze. Na dwóch kółkach zjeździł kilka kontynentów, przemierzył Afrykę, dotarł do Chin, zawitał do Ameryki Północnej, wszystko dokumentując ciekawymi relacjami i fotografiami. Na przełomie lutego i marca ruszył do Ameryki Południowej w kolejną wielką wyprawę olimpijską – tym razem z Rio de Janeiro do Tokio. Niestety pandemia koronawirusa, która dotarła do nawet najdalszych zakątków świata, uniemożliwiła kontynuowanie podróży. Wspomnień, które tam jednak zebrał, nikt mu nie zabierze.

Extra Jaworzno: Panie Ryszardzie, w tym roku już po raz czwarty wyruszył Pan w olimpijską podróż rowerową – tym razem z Rio de Janeiro do Tokio. Jaworznianie z zainteresowaniem śledzili kolejne relacje i mocno trzymali kciuki za powodzenie wyprawy. Niestety jak już wiemy, z powodu pandemii nie udało się przejechać całej zaplanowanej trasy. Proszę przypomnieć, jaka jest w ogóle geneza takich olimpijskich wypraw, skąd wziął się na nie pomysł?

Ryszard Karkosz: Olimpijskie Wyprawy Rowerowe organizowane są przez Stowarzyszenie Podróżników CROTOS oraz Litewską Fundację Great Millennium Peace Ride od roku 2004. Odbywają się co 4 lata do miasta, które jest gospodarzem igrzysk olimpijskich. Natomiast start ma miejsce w mieście, które gościło najlepszych sportowców podczas poprzednich igrzysk. Pierwsza wyprawa odbywała się w 2004 roku na trasie Nordkapp – Ateny, a kolejne: Olimpia – Pekin (2008), Pekin – Londyn (2012), Londyn – Rio de Janeiro (2016) i Rio de Janeiro – Tokio (2020). Patronem Honorowym wypraw jest Polski Komitet Olimpijski. Ja przejechałem całą trasę w 2008 i 2012 roku oraz częściowo w 2016 i 2020 roku.

Pewnie część naszych czytelników zastanawia się ile czasu i kosztów pochłania organizacja takiej rowerowej wyprawy. Jak to wygląda organizacyjnie z Pana perspektywy, czy ktoś Panu pomaga w organizacji kolejnych wypraw? Jak wygląda sprawa z finansowaniem – czy wszystko pokrywa Pan z własnej kieszeni, czy też może przynajmniej część środków zapewniają jacyś sponsorzy? Jak wyglądają przygotowania do takiej wyprawy?

– Na barkach każdego z uczestników jest tylko dojazd (dolot) na start i powrót z miejsca zakończenia do domu oraz wyżywienie na trasie. Natomiast wizy, noclegi, transport bagaży na trasie są w gestii organizatorów. Jak dotąd wszystkie koszty pokrywałem z własnej kieszeni. Trudno zdobyć sponsorów na taką wyprawę. Do wypraw olimpijskich jakoś specjalnie nie przygotowuję się, bo na bieżąco staram się brać udział w różnych rajdach jedno i kilkudniowych. Między innymi co roku, w okresie wakacji, biorę udział w półtoramiesięcznym Raciborskim Rajdzie Rowerowym dookoła Polski. Etapy na samej wyprawie w zasadzie nie przekraczają 100 km, więc nie jest to zbyt wielki wysiłek. Co tydzień jest jeden dzień wolny od jazdy, przeznaczony na odpoczynek, naprawę sprzętu, pranie itp.

Na początku marca ruszył Pan z ekipą w trasę z Rio. Jaki był plan na tegoroczną wyprawę? Co udało się zrealizować?

– Tegoroczna wyprawa miała trwać 145 dni, od 2 marca do 24 lipca, a trasa miała prowadzić z Brazylii przez Paragwaj, Boliwię, Argentynę, Chile i USA (wyspy Hawaje) do Japonii (wyspy Hokkaido, Honsiu). Niestety po niespełna miesiącu jazdy musieliśmy przerwać wyprawę i wrócić do domu. Pandemia koronawirusa, która ogarnęła cały świat, dotarła również do Brazylii i zamknięte granice uniemożliwiły nam dalszą jazdę. Prawie w całości (bez 3 dni) udało nam się przejechać odcinek brazylijskiego wybrzeża Costa Verde. Mieliśmy okazję zwiedzić wielkie metropolie Rio de Janeiro, Santos, Kurytybę oraz wiele pięknych nadmorskich kurortów. Natomiast nie udało nam się dotrzeć do słynnych Wodospadów Iguazu na granicy brazylijsko-argentyńskiej, które miały zakończyć odcinek brazylijski.

Czy podczas trasy docierały do Was informacje o tym, jak szybko koronawirus rozprzestrzenia się po świecie? Jakie problemy napotkaliście na trasie w związku z kolejnymi ograniczeniami wprowadzanymi przez poszczególne kraje? Czy nie baliście się, że utkniecie w Ameryce Południowej na dłużej?

– Gdy wylatywałem 26 lutego z Polski do Rio z grupą pięciu Polaków nikt jeszcze u nas, a tym bardziej w Brazylii nie miał pojęcia o późniejszej pandemii koronawirusa. O sytuacji w Polsce wiedzieliśmy na bieżąco z codziennej łączności z rodzinami za pomocą komunikatorów. W samej Brazylii natomiast przez pierwsze 2-3 tygodnie pobytu nie dostrzegaliśmy żadnych zwiastunów nadciągającej epidemii. Życie toczyło się tu normalnie. Na plażach, ulicach, parkach i w lokalach gastronomicznych pełno było ludzi. Z biegiem czasu w telewizji można było zauważyć obrazki z Europy o rozprzestrzenianiu się wirusa i wprowadzanych zakazach. W naszej grupie jechał również jeden Brazylijczyk, który przekazywał nam na bieżąco informacje o tym, co się dzieje w Brazylii. Sytuacja zaczynała się komplikować, gdy Brazylia zamknęła granicę z sąsiadami. Wtedy już można było zaobserwować, że plaże i ulice zaczynają się wyludniać.

Kiedy zdecydował Pan o tym, że czas wracać do domu?

– W sobotę, 21 marca mieliśmy zaplanowany etap z Guaratuby w stanie Parana do Villi de Gloria w stanie Santa Katarina o długości 110 km. Jednak już po przejechaniu 70 km policja zawróciła nas na granicy stanów, która została zamknięta. Nie mogliśmy już dalej realizować zaplanowanej trasy i dalsza jazda zaczęła tracić sens. Zachodziła obawa, że zostaniemy na dużej w Brazylii, bo zaczęto ograniczać loty do Europy. Najpierw zakończyła jazdę grupa 5 Brytyjczyków (w tym dwie panie), potem kilku Litwinów i na końcu – po kilku dniach – my.

Jak wyglądał powrót do kraju? Czy w Brazylii otrzymaliście jakieś wsparcie ze strony przedstawicieli Polski? Czy korzystaliście z programu „LOT do Domu”?

– Decyzję o powrocie do Polski podjęliśmy w pobliżu dużego miasta Kurytyby, skąd do lotniska w Sao Paulo obsługującego loty do Europy mieliśmy ponad 400 km. Na rowerach z bagażami przejazd zająłby nam 3-4 dni, a czas naglił. Liczyliśmy, że w Kurytybie uda nam się wynająć busy w firmie przewozowej. Gdy jednak dotarło do nas, że w mieście jest konsulat RP, postanowiliśmy zasięgnąć tam języka. I to okazał się strzał w przysłowiową dziesiątkę. Dzięki pomocy pani konsul, która załatwiła nam przewóz, udało nam się szybko dotrzeć na lotnisko w Sao Paulo i polecieć przez Paryż do Amsterdamu. Z Amsterdamu do Warszawy lecieliśmy w ramach specjalnego programu „Lot do domu”. Przelot nie był tani, bo kosztował prawie 500 zł.

Po powrocie do kraju musiał Pan odbyć obowiązkową kwarantannę. Jak ona wyglądała? Czy codziennie był Pan kontrolowany przez policję? Czy dostał Pan jakieś wsparcie ze strony państwa, chociażby w kwestii zrobienia zakupów?

– Wchodząc na pokład samolotu Lot-u w Amsterdamie, otrzymaliśmy maseczki na twarz, zmierzona została nam temperatura ciała i dostaliśmy ankiety do wypełnienia. W jednym z pytań trzeba było wskazać miejsce, gdzie będziemy odbywać obowiązkową kwarantannę. Ja odbywałem dwutygodniową kwarantannę w domu, odizolowany od innych domowników. Pierwszego dnia kwarantanny zadzwoniła pani z MOPS-u z pytaniem, czy mi może w czymś pomóc. Codziennie odwiedzali mnie też policjanci, którzy prosili o pokazanie się w oknie.

Kwarantanna dla tak aktywnych osób jak Pan, jest chyba wyjątkowo trudna. Jak Pan sobie radził z przymusowym siedzeniem z domu? Ma Pan jakieś sprawdzone metody na spędzanie czasu w zamknięciu?

– Ja nie miałem czasu na nudę, bo wiele spraw miałem zaległych. Czytałem odłożone książki, oglądałem filmy, pisałem artykuły do lokalnej gazety, porządkowałem materiały z wyprawy i robiłem generalne porządki w domu. Między innymi umyłem wszystkie okna. Przy domu mam ogród, więc mogłem też do woli w nim przebywać.

Wyprawy olimpijskiej nie udało się zakończyć, ale w sumie chyba zwiedził Pan w Brazylii całkiem sporo. Co szczególnie podobało się Panu w Kraju Kawy i co zostanie w pamięci na dłużej?

– Do Rio de Janeiro przyjechałem z pięcioma Polakami 5 dni przed rozpoczęciem wyprawy, więc była okazja zwiedzić to niesamowite miasto i poznać jego zabytki. Szczególnie wrażenie zrobiły na nas takie atrakcje jak: olbrzymia 38-metrowa Statua Chrystusa Zbawiciela górująca nad miastem, słynna plaża Copacabana czy kultowy stadion piłkarski Maracana. Wielkim przeżyciem była także wizyta na Sambodromie podczas parady szkół samby odbywającej się corocznie na zakończenie karnawału. Na tę imprezę zjeżdżają miliony turystów z całego świata. W wielkim porcie morskim Santos mieliśmy okazję odwiedzić muzeum legendarnego piłkarza Pelego oraz muzeum kawy. Odwiedziliśmy też Kurytybę. Najbardziej polskie miasto w Brazylii. Ze względu na klimat zbliżony do naszego w Europie osiedliło się w nim wielu Polaków, ale także Włochów i Niemców. Duże wrażenie zrobiły na nas też piękne plaże i kurorty na wybrzeżu Costa Verde.

Igrzyska w Tokio zostały przełożone na przyszły rok. Czy myśli Pan już o kolejnej wyprawie i może ewentualnie dokończeniu trasy, którą w tym roku przerwała pandemia?

– Opuszczając przedwcześnie Brazylię umówiliśmy się, że za rok tam wrócimy, by dokończyć jazdę. Tym bardziej, że oprócz kraju kawy na trasie wyprawy są jeszcze tak atrakcyjne i egzotyczne kraje jak Paragwaj, Boliwia, Argentyna czy Chile.

W takim razie trzymamy kciuki za powodzenie przyszłorocznej wyprawy. Serdecznie dziękuję za rozmowę!

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top