Felieton

Czas na pustostany – felieton Dawida Domagalskiego

fot. Piotr1952 / fotopolska.eu

Ile pustostanów jest w twojej okolicy? Dlaczego szpecą krajobraz, strasząc powybijanymi oknami, odpadającym tynkiem, pełniąc schronienie dla lokatorów „na dziko”, zamiast cieszyć oko zadbaną elewacją i radosnymi mieszkańcami? Nie chodzi mi o roztaczanie wizji „szklanych domów” rodem z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, ale zainicjowanie dyskusji na temat zmian systemowych umożliwiających efektywną gospodarkę nieruchomościami z zyskiem dla państwa, gminy i właściciela.

Chcąc łatwiej to zagadnienie zrozumieć prześledźmy konsumpcyjne nawyki w zakresie… zakupu szeroko pojętego sprzętu, którym otaczamy się na co dzień. Pierwsze, to zamiłowanie do „nowego”, które ma kilka (niestety) uzasadnionych podstaw. Otóż, zwiększenie skali masowej produkcji przy jednoczesnym obniżeniu jakości oferowanego towaru zakorzeniło w nas przekonanie, że lepiej jest kupić nowe niż naprawić stare. Ta chora ideologia była i jest dyktowana przez poszczególnych producentów, którzy wmawiają nam, że „dobro konsumpcyjne” sprzed roku czy dwóch lat jest po prostu przestarzałą technologią. Co więcej, często urządzenia są tak montowane, by dotychczas wymienne elementy – jak choćby bateria – stanowiły integralną i zespoloną cześć, co w przypadku jej awarii ma przyczyniać się do nieopłacalności naprawy.

Drugą sprawą jest stan prawny, który dopiero od niedawna wymusza na producentach „wydłużanie” sztucznie skracanego żywota towarów. To wszystko razem powoduje, że dopiero wprowadzenie „mody” na bycie ekologicznym zaczęło wśród wielu osób uruchamiać „pro środowiskowe” myślenie. Zapewne, również panujący kryzys zacznie wymuszać na nas oszczędnościowe zachowania, a to z kolei wpłynie z rozwój naszej narodowej cechy – zwanej przez jednych „kombinowaniem”, a przez innych „znajdywaniem niekonwencjonalnych rozwiązań”. Tak na marginesie przypomina mi się historia pewnej Polki mieszkającej w małym miasteczku na dalekiej północy Europy. Pewnego zimowego dnia doszło do awarii ciepłociągu, na którego usuniecie trzeba było czekać dłuższy czas. Wizja kąpieli w lodowatej wodzie powodowała, że mieszkańcy w zakresie utrzymania higieny osobistej, ograniczali się jedynie do niezbędnego minimum – na tyle na ile pozwalała im miska podgrzanej w czajniku wody. Tymczasem tylko Polka stawiała się do pracy tak zadbana, jakby codziennie brała długą kąpiel… i tak było, z tą różnicą, że ona zawsze miała ciepłą wodę pod dostatkiem. Jak, skoro mieszkańcy nie mieli bojlerów elektrycznych? Włączała pustą pralkę na program 60C… a rurę odpływową, w tej sytuacji z czystą, gorącą wodą kierowała do wanny. Proste.

No dobrze, ale jaki to ma związek z mieszkaniami.

Otóż, używając bardzo dużego uproszczenia można zauważyć, że obowiązujące przepisy nie ułatwiają wykorzystania otaczających nas „opuszczonych” nieruchomości.

Nie jest to wina samorządów, ale braku w tym zakresie jasnej wizji prawodawcy na przestrzeni ostatnich 30 lat. Swoją drogą, nawet jeśli ktoś przymierzał się do uczciwego poruszenia tego tematu na ogólnokrajowym forum to jego zapędy były szybko stopowane… dla tzw. świętego spokoju, bo sporo złego w tym zakresie zrobiły afery reprywatyzacyjne, o których najgłośniej póki co jest w Warszawie… a ponoć nie jest to jedyne miasto dotknięte tym procederem. Co prawda okna biur pośredników wypełnia wiele ofert z tzw. rynku wtórnego, ale są to głównie nieruchomości, teoretycznie od razu lub po podstawowej modernizacji, zdatne do zamieszkania. Tymczasem wokół nas z dnia na dzień przybywa opuszczonych domów. Głównym winowajcą jest tu nieuregulowany stan prawny. Gdy nawet, choćby z uwagi na dobrą lokalizację danego obiektu znajdzie się chętny, by go nabyć lecz dowiaduje się, że po ewentualnym przeprowadzeniu postępowania spadkowego musiałby się dogadać z kilkoma, a nawet kilkunastoma współwłaścicielami – odpuszcza. Podobnie rzecz ma się w sytuacji, gdzie odziedziczony budynek wymaga rozbiórki, a koszty tej operacji przekraczają jego wartość. Inną sprawa są nieruchomości stanowiące tzw. „mienie po żydowskie”- tu próba ich przejęcia, w obliczu braku naturalnych spadkobierców, może skończyć się skandalem międzynarodowym. W efekcie, te i inne – nie wymienione tu – czynniki powodują, że w małych i średnich miastach poszczególne dzielnice zdobią ruiny mogące stanowić scenografię do krwawych horrorów. Budownictwo jest jednym z kół napędowych gospodarki i choć działalność deweloperów jest widoczna wszędzie to zwróćmy uwagę na to, że miasta na skutek budowy nowych i funkcjonalnie przemyślanych osiedli rozrastają się na obrzeżach – tymczasem centra ulegają wyludnieniu. W trakcie moich rowerowych wojaży po regionie mam okazję obserwować to naocznie, ale myślę że chyba każdy z nas spotkał się z takim obrazem niekoniecznie gdzieś daleko, bo najczęściej nawet na swojej lub sąsiedniej ulicy.

Zaradzić temu można by w teoretycznie prosty sposób, jednak to wymagałoby systemowego podejścia do przedmiotowego zagadnienia i w konsekwencji gruntownej zmiany przepisów prawnych.

Snuję tu teraz utopijną wizję lepszej codzienności, ale tego typu postulaty mogą w przyszłości przyoblec się w realne plany. Przede wszystkim samorządy powinny z mocy prawa mieć możliwość przejmowania nieruchomości, od których nie był odprowadzany podatek przez min. 30 lat (czyli taka konstrukcja prawna nawiązująca do zasiedzenia w złej wierze). W ten sposób dochodziłoby do „prostowania” niewyjaśnionych przez lata kwestii własności/współwłasności. Gmina mogłaby taką nieruchomość wykorzystać na własne cele lub wystawić na publiczną licytację, co byłoby dla przyszłego posiadacza o tyle korzystne, że nabywałby ją z już uregulowanym stanem prawnym. Drugim rozwiązaniem byłoby wprowadzenie systemu ulg podatkowych w przypadku modernizacji i remontu pustostanów lub rozbiórki obiektów o złym stanie technicznym i postawieniu w tym miejscu nowych. Zintensyfikowanie, ułatwień inwestycyjnych w tym zakresie przyczyniłoby się nie tylko do uatrakcyjnienia zainteresowania opuszczonymi obiektami, ale także do dodatkowego ożywienia rynku wtórnego i zwiększenia konkurencyjności ofert.

Mam świadomość tego, że to tylko wizja jak mogłoby być…ale merytoryczną dyskusję na ten temat trzeba od czegoś zacząć…bo w przeciwnym wypadku, pozostanie nam tylko narzekanie, że nic nie da się zrobić, a w konsekwencji któregoś dnia obudzimy się, niczym Robot Wall-E w świecie opuszczonych domów…

Dawid Domagalski

Felieton pochodzi z gazety EXTRA Jaworzno nr 12-2020

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

 

Click to comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze

To Top