Felieton

W godzinę i kwadrans do Suchej Beskidzkiej – felieton Tomasza Toszy

Muszę żyć ze świadomością, że jest na świecie całkiem spora grupa ludzi, która uważa, że nienawidzę kierowców i motoryzacji. A to nie tak. Wystarczyło by popatrzeć jakie artykuły podsuwa mi sztuczna inteligencja – połowa googlowskich codziennych propozycji do przeczytania związana jest z motoryzacją, a reszta to trochę polityki, trochę środowiska naturalnego. Artykułów rowerowych, choć osobiście uważam, że mam na tym punkcie manię, jest raptem kilka procent. Jako użytkownik pięciu różnych rowerów uważam, że SI się w tej kwestii myli, ale jak na dłuższą metę kwestionować inteligencję? I to tę obiektywną, nieskażoną zabobonem… No jak.

Kierowcy mnie jedynie irytują. Zewnętrznymi objawami braku myślenia. Dlatego staram się ich unikać jak mogę. Idealna droga to taka, na której jest ich niewielu. Ale czasami się nie da. Bywają takie dni, że po prostu muszę uprawiać grupową jazdę po popularnych drogach. Na przykład w ostatni weekend wakacji. W sobotę pojechałem na coroczne spotkanie z przyjaciółmi w okolice Suchej Beskidzkiej. Wiadomo. Dobrej drogi tam nie ma.

Znajomi, którzy mają tam weekendowy dom po latach doświadczeń wiedzą, że jak się im bardzo spieszy to podróż trwa godzinę i kwadrans, i jedzie się z sercem przyklejonym do żołądka. A jak się nie spieszy, to na luzie podróż trwa godzinę i kwadrans. Więc po latach nigdy im się nie spieszy. A wygląda to tak…

Tu wtrącę powszechny wśród kierowców i sprzeczny z prawami fizyki mit, że szybka jazda oszczędza paliwo. Jak ktoś próbuje mi wciskać taki kit, to wiem, że nie ma co z człowiekiem dyskutować. Szanse na przekonanie są zerowe. No bo przy brakach wykształcenia tłumaczenie, że głównym oporem do pokonania jest opór powietrza i on rośnie z kwadratem prędkości jest misją niewykonalną. Nie zrozumie. Podobnie jak tłumaczenie, że największy wysiłek energetyczny jest podczas rozpędzania masy, i by zmniejszyć spalanie należy włączyć przewidywanie… Ech.

Ci którzy się spieszą, to starają się za wszelką cenę wyprzedzić tych co jadą wolniej. Naturalne. Bez tego się nie pojedzie. A droga jest kręta, zabudowana, skrzyżowania, zjazdy, przejścia dla pieszych, podwójna ciągła i ruch z drugiej strony. Więc odbywa się zabawny taniec na pasku asfaltu. Setkonne bryki z wyciem silników wyprzedzają prując tyle ile się da. A rzeczywistość sprowadza to zachowanie do absurdu. Bo da się niewiele. Turlając się ze stopą lekko muskającą gaz, doganiam kolejnych szybkoalebezpiecznych na skrzyżowaniach, przed kolumną jadących z dozwoloną prędkością, albo przed skręcającym w lewo na posesję. Wręcz słyszę jak klną w swych wypełnionych poduszkami i techniką wnętrzach, że potencjał sprzętu im się marnuje. Fajne auta, zazdroszczę, ale ostatecznie one służą dokładnie do tego co moja multipla – żeby dowieźć cztery litery na miejsce. W miarę bezpiecznie. I wygodnie. Dlatego trasę, bez spinki i z rozbawieniem pokonałem w godzinę i kwadrans.

W niedzielę mnie podkusiło – dzień zbyt piękny, żeby wylegiwać się na łączce, rower w samochodzie, a niedaleko świeżo co otwarty prawdziwy wenderweg – jakiego w Polsce nie było – asfaltowy szlak turystyczny dla rowerów wokół jeziora czorsztyńskiego. Oj, jaki on się stał popularny. Poranne drogi cudne. Mało kierowców. Zaparkowałem w Harklowej i w kilka godzin przejechałem cudownie pokręconą w pionie i poziomie ścieżką wokół jeziora z bonusem w formie przejazdu po słowackiej stronie granicy przełomem Dunajca do Szczawnicy.

Z prawdziwą niechęcią wsiadałem do samochodu w drogę powrotną, bo wiedziałem co mnie czeka. Od sztucznej inteligencji, która zapowiedziała, że nie będzie łatwo. A doświadczenie podpowiedziało, że z naturalną inteligencją polskich kierowców będzie jeszcze gorzej. Bo koszmarnie nie umieją jeździć w korkach.

Korki zasadniczo dzielą się na trzy rodzaje: stojącojadące (więcej się stoi niż jedzie), jadącostojące (wiadomo) i wolnojadące (choć podobno na amerykańskich autostradach są korki szybkojadące zderzak w zderzak). Nie umiemy jeździć w żadnych.

Kiedyś popularność doznał felieton, w których potępiałem glonojadów przyklejonych do mojej tylnej szyby przy 140 km/h. Bo to skrajnie niebezpieczna jazda. W niedzielę doświadczyłem wątpliwych inteligentów w korku jadącostojącym. Korek powodowała sygnalizacja świetlna w Klikuszowej, czyli auta poruszały się falami. Część kierowców żeby jechać bez przerwy robiła sobie liczące po kilkaset metrów odstępy. W ten magiczny sposób korek miał długość nie od Nowego Targu ale zaczynał się w Zakopanem. I tkwili w nim również ci, którzy skręcali w boczne drogi, ale nie mogli do nich dojechać, bo ktoś egoistycznie postanowił jechać na jedynce ale jechać. Mechanika ciał stałych wyjaśniłaby, że korek i czas jego przejazdu byłby radykalnie mniejszy, gdyby samochody jechały blisko siebie i się zatrzymywały w rytmie zmian świateł na semaforach sygnalizacji w Klikuszowej. Jak blisko? Przy prędkości kilku, kilkunastu kilometrów na godzinę wystarczy, żebyśmy przy dolnej krawędzi przedniej szyby widzieli tylne koła poprzedzającego auta. Proste? Proste. Ale nie. Musi być dwieście metrów pustego asfaltu z przodu… O wspólnym ruszaniu na zielonym nie będę wspominał. Nie widzę nadziei by polscy kierowcy nauczyli się tego co potrafią na Zachodzie. Chyba za dużo w nas egoizmu, i nie myślimy o nieszczęśnikach za nami ciesząc się, że to nam się udało. O szeryfach blokujących jazdę na suwak na zwężeniach też. Dziś są już nie tylko idiotami, ale przy okazji popełniają wykroczenie drogowe.

Więc kiedy google zaproponował inną niż Zakopianka trasę – natychmiast skorzystałem. Choć trwała kilka minut dłużej. Z rozsądku. Ten korek wzbudzał agresję, którą z pewnością ktoś będzie chciał spożytkować na dwupasmowym odcinku do Krakowa. Życie jest zbyt piękne, by je z powodu czyjejś drogowej złości tracić.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety EXTRA Jaworzno nr 18-2020

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

Najnowsze

To Top