Felieton

„O jeden most za daleko” – felieton Tomasza Toszy

Zwlekałem z napisaniem felietonu do ostatniej chwili. Bo dzieje się zbyt dużo i nie bardzo wiadomo od czego zacząć i na czym skończyć. Dynamika zdarzeń jest iście rewolucyjna. No i chciałem zobaczyć z bliska największą – jak się okazało – od pogrzebu zastrzelonych w czasie strajku 1930 roku robotników manifestację sprzeciwu, która odbyła się w najgorszym możliwym momencie, żeby protestować.

Politycznie przez wiele lat nasze miasto było letnie. Nawet to rozumiem. Do powstania krakowskiego chłopów nie udało się wziąć nawet pod groźbą spalenia chałup. Trzeba było czekać sześć lat od zastrzelenia przez policję w czasie strajku pięciu górników, by przed wojną władze w mieście demokratycznie zdobyli socjaliści, ale im sanacja nie pozwoliła jej objąć wprowadzając komisarza. Po wojnie mieliśmy ciężko jako społeczność – z kilkutysięcznej grupy mieszkańców zrobiono strażników i pracowników więzienia dla patriotycznej młodzieży i deportowanych Ukraińców. Większość poszło pracować tam z nieprzymuszonej woli. Zarobki były dobre. Ale trauma pozostała. W wielu jaworznickich rodzinach nie wspomina się pierwszej powojennej dekady. Nie ma się czym chwalić.
Lokalne komuchy nigdy nie były szczególnie zawzięte – choć jeden był, Franciszek Szlachcic z Byczyny, ale go szybko awansowali do Warszawy – to i opozycja wyszła jakoś tak słabo niezapisując się w historii. Wiosna Solidarności wyszła nam nieszczególnie. Wybitnych działaczy tego ruchu nie ma z Jaworzna ani jednego. Współczesnych polityków też mamy trzecioławowych a na manifestację w obronie praw kobiet poszliśmy piątego dnia, gdy cała Polska już dawno wyszła na ulice. Choć lokalni politycy próbowali tej manifestacji przewodzić, to kilkutysięczny tłum nie miał ochoty ich słuchać i poszedł ulicami po prostu ***

*. Przypuszczam, że młodzi – w większości – ludzie na tej manifestacji nie mieli nawet pojęcia o skali hipokryzji tych co próbowali do nich gadać przez megafon. We wtorkowy wieczór co innego było ważne. ***

*. I się nie bać.

Nie mam pojęcia, po co rządzący wywołali wojnę domową, która kiedyś ich zmiecie (pewnie jeszcze nie teraz, choć mogę się mylić, ale za trzy lata). Możliwe, że są przekonani, że bronią życia poczętego, choć tak naprawdę podjęli się obrony poczętej śmierci. Albo poczętego nieszczęścia. Większość Polaków to rozumie. Oni nie.

Jestem w stanie zrozumieć motywacje pojedynczych inspiratorów zakazu aborcji embriopatologicznej – to ludzie wychowujący niepełnosprawne dzieci. Przeforsowanie nakazu rodzenia takich przez wszystkich wygląda jak nieuświadomiona chęć zemsty na świecie, który dał im brzemię miłości do dzieci z trisomią. Wiecie czego najbardziej boją się rodzice opiekujący się Downami? Że umrą od nich wcześniej. I wtedy one trafią do jakiegoś DPS. A wiecie jak tam jest. Miłości to nie ma w takim miejscu.

We wtorek na ulice wyszła młodzież, która od przedszkola miała religię. Potem miała w podstawówce, gimnazjum. Choć już w gimnazjum mniej, bo przestawała chodzić. A w szkołach średnich to już niewielu. A niedługo żaden. Zobaczycie. Tak zawsze kończą się próby indoktrynacji kulturowej i ideologicznej. Rządzący trzymają się nadziei, że jak będą teraz uczyć więcej o żołnierzach wyklętych i janiepawle, to uda im się wychować konserwatywnych wyborców, że Bóg, Honor i Ojczyzna. Moje pokolenie komuchy chciały wychować na swoją modłę i im się to najzwyczajniej nie udało. Czym bardziej się próbuje młodych formować ideologicznie tym bardziej oni są przeciw. A potem to wybucha jak wybuchło we wtorek wieczorem w Jaworznie.

Nie mam pojęcia czy rząd upadnie od tych protestów. Poziom wkurwia jest maksymalny nawet wśród tych co popierali PiS za socjalne transfery, na które było nas stać, gdy na świecie panowała prosperity. To był w sumie demokratyczny wybór – największa mniejszość zdobyła władzę i zamiast zbudować publiczne usługi, które dziś tak bardzo by się przydały, ku uciesze ludu rozdawała gotówkę. Dziś widać jak bardzo to było krótkowzroczne dla nich i dla nas. Więc wyciągają z wojskowych magazynów łóżka pamiętające kryzys kubański (dla młodzieży – to szczyt zimnej wojny w latach 60.) i wstawiają je na Stadionie Narodowym, bo lada dzień nie będzie można tysiącom pomóc w oddychaniu.

Historia bywa przewrotna. Wróciłem po manifestacji późnym wieczorem do domu i usłyszałem wystąpienie naczelnika państwa. I poczułem się jak wtedy gdy miałem jedenaście lat. Dreszcz.

Nie wiem. Po prostu nie wiem co może się wydarzyć w najbliższych tygodniach. Białorusini wychodzą na ulice już trzeci miesiąc i nic. Może to będzie metodą na Polaków. Ale jednego jestem pewny – pewnych procesów społecznych nie da się zatrzymać. Kiedy wahadło za bardzo się wychyli w jedną stronę, to poleci z impetem w drugą. Polskie społeczeństwo pójdzie drogą takich cór kościoła jak Hiszpania czy Irlandia. Taki chichot losu – bo mieliśmy rechrystianizować Europę, a spacerujemy skandując: „Krzysztof Bosak ma małego”.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety EXTRA Jaworzno nr 22-2020

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

Najnowsze

To Top