Felieton

Jak zepsuć miasto (felieton)

Był pewien wiceburmistrz miasteczka nieopodal co bardzo pozował na szeryfa. Zero tolerancji, akcje bezpieczeństwa, straże gminne i te sprawy. Mały Guliani. Tylko w jednej kwestii po cichu i na gębę, żeby się za bardzo służby nie czepiały parkujących aut. Bo wicie, rozumicie już się nie wciśnie parkingów, a ludzie gdzieś auta muszą zostawić. Więc się służby nie czepiajta.

Więc parkowali gdzie chcieli i w każdej możliwej konfiguracji. Trawniki zmieniły się w klepiska, chodniki zastawione, że wózkiem nie przyjedziesz. Kto się dotąd zastanawiał czy kupić auto, bo nie będzie gdzie zostawić, to się już nie zastanawiał. Kupował. Ryzyko mandatu było żadne. Po kilku latach autobusami mało kto już jeździł, a dopłacać trzeba. Korki jakby to jakieś Los Angeles było. A nie pipidówa na kilkadziesiąt tysięcy ludzi. I znikąd pomysłu jak to teraz zmienić.

Inne miasto, znacznie większe wpadło na pomysł, że się przebranżowi w biurowcowe zagłębie. Lud będzie dojeżdżał z całej okolicy. I kasa popłynie razem z tymi ludźmi. Ale postanowili działać bez planu. Planu zagospodarowania oczywiście. Na warunkach zabudowy, które wystawia się tam, gdzie inwestorowi pasuje. Więc wystawiali, gdzie pasowało. Tak się składa, że zawsze wolne działki były z daleka od przystanku autobusu, tramwaju, czy kolejowego. Ale liczyły się kolejne piętra pnące w niebo, a nie to jak tam ludzie mają dojechać. Poradzą sobie.

Tak sobie poradzili, że do miasta codziennie wjeżdża sto kilkadziesiąt tysięcy samochodów rano i tyle samo wyjeżdża po południu. Desperaci przyjeżdżają godzinę, dwie przed pracą, bo inaczej będą musieli dylać kilometrami na nogach z miejsca gdzie zaparkowali, albo płacić. Wolą dylać.

Autobusy w tym mieście jeżdżą prawie puste nawet przed pandemią. Bo skoro zawsze korek, kiedy trzeba jechać, to jednak ten korek milej się spędza we własnej puszce z kołami niż z tą garstką bidoków, którzy nie mają samochodów. Bo tylko ci już w autobusach zostali.

W czasach kiedy wielkie miasta biją kolejne rekordy długości składów tramwajowych oni kupują wagoniki krótsze niż autobus. I takie szczeniaczki aż śmiesznie na torowiskach wyglądają, ale nikt nie powie, że tramwajów nie ma. Choć priorytet mają chyba ostatni w mieście. I wiedzą co to korki.

Mateczka Unia widząc co się z nadmiarem aut w polskich miastach dzieje przygotowała fundusze na transport publiczny, żeby ulżyć dramatowi korków. Ale skąd mogła wiedzieć, że obok pieniędzy trzeba nam jeszcze tęgich mózgów, żeby je z sensem wydać.

Pieniądze podzieliliśmy sobie na łeb i przemnożyliśmy przez mieszkańców. I kasy było sporo, tak, żeby przed wyborami strzelić wizualizacje, od których lud miał paść na kolana przed nowoczesnością brył. I żeby te wizualizacje później zamienić w beton, szkło, asfalt i stal. A jak już ksiądz pokropił na otwarciu odbyć debatę o tym jak zachęcić ludzi do korzystania.

Bo pojawił się kłopot. Dwa centra do przesiadek już gotowe, jedno już nawet dłuższy czas, i tylko wiatr w nich hula. Nie ma się komu przesiadać. Lada dzień otwierać będą kolejne i scenariusz może być ten sam. Przyjmą się albo i nie. Miejsc parkingowych jest tam w sumie tysiąc. Czyli mniej niż procent tego co wjeżdża do miasta. Nawet jak się zapełnią do ostatniego miejsca, to już widzę tę ulgę, jaką one przyniosą. Kilkaset milionów to wszystko kosztowało. Ciekawa musiała być analiza kosztów do korzyści.

Jest inne miasto, gdzie głównorządzący osobisty nadzór sprawował nad każdym projektem drogi. Czy to była miejska arteria, czy osiedlowa dróżka. Pieczołowicie wyłapywał wszystkie utrudnienia w wygodnej jeździe. Miało być sprawnie, szeroko i komfortowo. Żadnych spowalniaczy, żadnych drzew, żadnych świateł dla pieszych, bo poradzą sobie. Zdarzyło się w tym mieście kilka bardzo ciężkich wypadków. Poszła seria trupów, zdarzyło się, że i w tym samym miejscu. Ktoś zadał pytanie – dlaczego w naszym mieście tak się dzieje? Może to wina dróg?

Ależ był gniew głównorządzącego na ten pomysł, że to drogi winne. Winni oni, co łamią przepisy pędząc arteriami na złamanie karku przez nic nie spowolnieni. Oni winni. Oni wszyscy.

Z tych przypowiastek morał wypływa.

Na piłce, na leczeniu i na drogach znają się wszyscy. I pewnie dlatego tak wygląda nasza piłka nożna, nasza służba zdrowia i ruch w miastach.

A wystarczyłoby podpatrzeć jak to się robi w lepiej zorganizowanych państwach. I jeśli mógłbym kogoś stawiać za wzór, to nie ma lepiej zorganizowanego transportu publicznego niż w Niemczech. Brać, kopiować i się nie przejmować. Nic lepszego nie wymyślicie mędrcy, niż wymyślili tam. Choć w kwestii bezpiecznych dróg są od nich lepsi.

Morału jest i ciąg dalszy, że wszelkie decyzje jakie podejmujesz muszą być z perspektywą dwóch dekad. Żeby mieć świadomość co mogą wywołać. Że odpuszczenie nielegalnego parkowania ostatecznie zepsuje miasto, odpuszczenie transportu publicznego i odpowiedzialnej urbanistyki ostatecznie zepsuje miasto. A zaprojektowanie dróg dla szybkichalebezpiecznych po prostu zabije wielu ludzi.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety EXTRA Jaworzno nr 25-2020

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji: tutaj

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

Najnowsze

To Top