Felieton

Strzelanie jest bez sensu (felieton Tomasza Toszy)

Trzy dni mrozów wystarczyły, żeby szuria obwieściła koniec globalnego ocieplenia. Kiedy wkrótce potem temperatura wzrosła o dwadzieścia pięć stopni Celsjusza (słownie: dwadzieścia pięć) jakoś tak dziwnie cicho się zrobiło po ich stronie. Tak to już jest z durniami potrafiącymi w jednym połączyć inteligencję, cwaną bezczelność z głupotą.

Jednym z nieoczywistych objawów zmian klimatycznych, o których mówią naukowcy są dziki. A konkretnie ich duża ilość. Nie używam słowa nadmiar, bo coś takiego w przypadku naturalnie występujących gatunków w naturalnym środowisku nie istnieje.

Dlaczego dzików jest tak dużo? Są dwie odpowiedzi – jedną z nich daje nauka, drugą intuicja (czyli najczęściej głupota, więc nie ma się czym zajmować, bo to zwykła strata czasu). Nauka zauważyła, że w ostatnich latach w zadziwiający sposób zmieniły się zwyczaje rozrodcze dzików – zamiast robić warchlaki raz w roku – w zimie – dziki robią to cały rok. Jak ludzie. A, że ciąża trwa krócej, na świat przychodzi po każdej ciąży nawet dziesięć sztuk, to dziki zaczynają w swej rozrodczości bardziej przypominać króliki niż dziki.

Nauka zna odpowiedź na pytanie dlaczego dziki zmieniły swoje zwyczaje rozrodcze. Wyobraźcie sobie co by się stało gdyby jakaś tajemnicza siła do ludzkich posiłków dodawała viagrę. Męskie samce od tego zawsze by mogły a samice zawsze chciały. Ta tajemnicza siła rozdawałaby ludziom również darmowe jedzenie i mieszkania. I zlikwidowałaby antykoncepcję. W Jaworznie nie tylko nie trzeba byłoby przywrócić oddział położniczy w szpitalu, ale w przychodniach trzeba by otwierać izby porodowe.

To się właśnie przydarzyło dzikom. W ciągu ostatnich kilkunastu lat niezwykle popularne w Polsce stały się uprawy kukurydzy. To tak samo obcy gatunek jak króliki w Australii, hipopotamy w Kolumbii czy azjatycki rdest w Polsce. Razem z kukurydzą pojawił się kukurydziany grzyb produkujący hormon działający u dzików jak viagra. Kukurydzą dziki potrafią nakarmić się same, ale – co gorsza – myśliwi zauważyli, że kukurydza cudownie przyciąga dziki na nęciska. A potem jest już górki. Szybszy rozwój płciowy, większa chuć. I słabe zimy.

Dziś zwykły powiew mrozu nazywany jest bestią ze wschodu. Dzikom bardzo ciężko było przeżyć zimy jakie były. A jakich już nie ma. Pamiętacie trzaskające mrozy i metrowe zaspy śniegu? Jeśli zarejestrowano was w zeszłym tygodniu do szczepień to macie szansę pamiętać. Młodsi mogą mieć z tym problem, a u najmłodszych trzydniowa zima sprzed paru dni wywołała ekstatyczne emocje i wymiotła sanki ze sklepów. Gimby zimy nie znajo.

Zimy dla dzików zawsze były największym rzeźnikiem. Mróz bez emocji pozbawiał życia stare, słabe i chore osobniki. Nawet nie wilki. Chociaż też. I teraz nie ma ani jednego ani drugich. I myślmy to sprawili. Albo raczej spi…..lili.

Resztę zrobiła już ewolucja. Oczywiście nie ona sama w sobie, ale mechanizmy, które przez miliony, setki milionów lat udoskonalała. Nauka zauważyła, że każda nisza ekologiczna w pewnym momencie zostaje wypełniona przez jakiś gatunek. Jeśli jest wystarczająca ilość miejsca i pożywienia, to zostanie to miejsce i pożywienie utrzymywane w stanie równowagi przez właściwą ilość osobników. Ani mniej, ani więcej. Jeżeli wskutek jakiegoś cyklicznego kataklizmu dochodzi do przetrzebienia populacji, to jeśli warunki w niszy ekologicznej się nie pogorszyły, to błyskawicznie dochodzi do odbudowania liczebności.

Oczywiście pod warunkiem, że do natury nie wtrąci się nasz gatunek, który wmówił sobie na podstawie opowiadanych parę tysięcy lat temu bajek, że może czynić sobie ziemię poddaną. Wtedy dzieje się to co wydarzyło się w Osiedlu Stałym przed tygodniem – między blokami pojawiają się ludzie z bronią a wkrótce po tym na śniegu krew i dzicze wnętrzności (i reportaże w telewizji). Jest to równie przerażająco okrutne co nieskuteczne. Obrazowo – to jak leczenie zaawansowanego nowotworu za pomocą słabych tabletek przeciwbólowych. Ani się raka nie wyleczy, ani nie będzie mniej boleć.

Jeśli wyobrażacie sobie, że zmiany klimatyczne, to będą po prostu wyższe temperatury w lecie i niższe rachunki za ogrzewanie w zimie, to tkwicie w błędzie. Rzeczywistość pokaże nam się również z bardziej nieprzyjemnej strony. Choćby z konieczności zaakceptowania trwałej obecności dzików w miastach. Bez zim nie ograniczymy ich liczebności nawet armią trzystu tysięcy myśliwych. Próbowali. I skończyło się dokładnie tak jak zapowiadali naukowcy. Niczym.

Jeśli jakimś cudem ludzkości uda się zatrzymać emisje gazów cieplarnianych, to usunięcie ich nadmiaru z atmosfery i przywrócenie „naturalnych” temperatur potrwa setki tysięcy lat czyli cyklicznych ciężkich zim już nie będzie, choć mogą zdarzać się nieznaczące zimne incydenty. Trudno liczyć na wprowadzenie zakazu uprawy kukurydzy, choć to rozwiązałoby problem rozbuchanej dziczej seksualności. Każda kolejna rzeź między blokami tylko sprawi, że urodzi się więcej młodych. A czasem może się przydarzyć, że rzeź może wywołać zwiększenie ilości stad… Pętla zamknięta.

W takich sytuacjach trzeba po prostu rozłożyć bezradnie ręce – naukowcy niewiele są w stanie pomóc, bo rozregulowanie środowiska zaszło za daleko. Strzelanie jest bez sensu. To tylko naiwne uspakajanie sumienia, że COŚ się robi, choć w rzeczywistości nie przynosi to żadnego efektu. Można liczyć na jakąś zarazę, która czasowo zdziesiątkuje populację. Ale tylko czasowo.

Trzeba spróbować polubić dziki jak wiewiórki w parku. Ale pewien poeta piszący dziecięce wierszyki chyba zrobił dzikom zbyt złowrogi wizerunek, żeby to się udało.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety EXTRA Jaworzno nr 2-2021

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

Najnowsze

To Top