Felieton

Czarny ekran, białe drogi (felieton)

Dzień czarnych ekranów zrobił wrażenie chyba na każdym. I wszędzie. Pisano o nim na całym świecie. A w Polsce stał się głównym tematem rozmów między ludźmi. Na jeden dzień coś im odebrano. Wolność wyboru. Ten stan ducha, który jest jak powietrze. Gdy nim oddychamy, to go nie czujemy. Gdy powietrza zabraknie – zaczynamy się dusić.

Jeśli zależy nam na miejscu w którym żyjemy, to nie powinno być nam obojętne co gdzie o nim przeczytamy lub zobaczymy. Wartością samą w sobie jest zarówno istnienie „Co Tydzień”, w którym zdarza się ostro zniekształcić rzeczywistość, brnąć w głupotę a nawet ostro zakłamać, jak i wartością jest „Extra” – miejsce w którym piszę a nawet „Puls” w którym złych wiadomości nie uświadczysz, ale nie dokładają do wiedzy o świecie nieprawd. Z perspektywy dnia czarnych ekranów z rozrzewieniem wspominam nawet nieistniejący „Tydzień w Jaworznie”, który jest świetlanym przykładem jak potrafią narracje brzydko się zestarzeć. Ostatni numer – sprzed trzech lat – poświęcony był wściekłemu atakowi na władze miasta, za przyblokowanie działania pewnej firmy ze Skawiny zajmującej się przetwórstwem odpadów, i na mnie osobiście za to co o niej wtedy pisałem i latałem dronem nad ich jaworznicką siedzibą na Azotce. Dziś już wiadomo, że to nie byli żadni przedsiębiorcy a zwykła mafia śmieciowa, dziś pozamykana w aresztach i sądzona za sprowadzenie tysięcy ton niebezpiecznych odpadów. W Jaworznie w dużej mierze im się nie udało. Wbrew (niesłusznej) krytyce prasowej.

Szukając na dyskach komputera pewnej dokumentacji projektowej sprzed lat, która niebawem trafi do realizacji, bo okazała się potrzebna, żeby móc zbudować w mieście zakłady w specjalnej strefie ekonomicznej natrafiłem też na artykuł z tego czerwonego tygodnika, który bardzo, ale to bardzo brzydko się zestarzał. Autor pisał o politykach drogowych miasta i wróżył że one zakończą się bardzo, ale to bardzo źle – że wszyscy staniemy w korkach, bo miasto zupełnie nie myśli o kierowcach. A już pozwolenie na budowę galerii handlowej w śródmieściu to już esencja bezmyślności, bo nigdzie – niby się tak nie robi. Dzień jej otwarcia miał być początkiem drogowego armagedonu. Jak to się skończyło wszyscy wiemy. Obaw nikt nie pamięta. A rezultaty prowadzonych polityk mobilnościowych stały się wzorem dla innych miast i to nie tylko w Polsce. Choć – nie ma co ukrywać – nadal dużo jest do zrobienia i wciąż – jest grupa ludzi, którą nieustannie trzeba przekonywać a czasem i wręcz uczyć. Jeśli czytacie ten felieton a nie jesteście z Jaworzna, to wyjaśnię – galeria przez wiele lat nie mogła powstać, bo Gmina zdecydowała, że powstanie na jej warunkach i nie zamierzała ich zmieniać. Miał to być trzykondygnacyjny, zwarty budynek z parkingami w podziemiu położony w śródmieściu, ale jednak z boku, przy siatce nowowybudowanych dróg. Gmina liczyła, że większość klientów docierać będzie do galerii pieszo lub transportem publicznym. I nie przeliczyła się. Blisko siedemdziesiąt procent ludzi tak tam dociera, a węzeł komunikacji publicznej stał się drugim pod względem ilości pasażerów przystankiem autobusowym w województwie i pierwszym wśród tych obok którego nie ma kolejowego dworca.

Korki które miały się pojawić? Jak zwykle zaczynają się na granicy z Sosnowcem. Zimowe opady śniegu są najskuteczniejszym sprawdzającym polityki transportowe i urbanistyczne miast. Bezlitosnym i pozbawionym emocji. Trudne warunki wymiatają dużą część kierowców z ulic, ale Ci którzy zostają mogą sprawdzić czy są dobrymi kierowcami i czy dobrze ułożono im miasto. Słabi kierowcy lub na letnich oponach lądują po rowach. A jeśli nie da się jeździć bo wszystko stoi w korku, to znaczy, że beznadziejnie działa transport publiczny i piesi nie mają w mieście nic do roboty, bo wszędzie jest im za daleko i spacery w śniegu to nie jest sposób na podróżowanie.

A jeśli nie można ruszyć na pochyłości terenu? Cóż – wina drogowców albo natury, która postanowiła zrobić sobie z podjazdów lodowiska. Można snuć w mediach różne narracje – czyli kłamać lub okazywać się indolencją umysłową – na przykład pokazując zarządzaną przez państwo, zasypaną śniegiem drogę i jednocześnie bredzić, że „Czaskoski” nie odśnieżył.

Z zimą bywa czasem jak ze zwykłym kataklizmem. I tak należy to tłumaczyć. W najlepiej zarządzanym państwie na planecie – w Niemczech – z najlepszą siecią autostrad, te wspaniałe autostrady i precyzyjna organizacja musiały polec z w sumie niewielkim opadem śniegu i wiatrem. Kilkadziesiąt godzin część autostrad była zupełnie nieprzejezdna a ludzie noc spędzili w samochodach.

Chciałbym, żeby któreś polskie miasto zaryzykowało i zrobiło to co robią w wielu miastach skandynawskich gdzie zimą nie używa się soli.

Trzeba mieć niezwykłą odwagę, żeby wystawić się na kąśliwe komentarze w mediach by zobaczyć efekt zimy bez koszmarnego błota pośniegowego na ulicach i chodnikach, które z lekka są tylko posypane piaskiem, fusami kawy – jak to zrobiło się ostatnio modne – albo żwirkiem. Do pracy i po mieście często poruszam się rowerem (samochodem też, żeby nie było, i autobusem) i serce mi się kraje jak widzę przeżarte solą części napędu, rdzę na zesztywniałym łańcuchu. Ale do tego, żeby zrezygnować z soli w zimie trzeba mieć w mediach rozsądnych i mądrych dziennikarzy a nie propagandystów. Czyli jeszcze pewnie trochę potrwa aż ktoś się odważy.
A protest czarnych ekranów? Myślę, że dał do myślenia. Potrzebny był ten szok jaki wywołał. Musimy mieć wolność wyboru źródeł informacji. A czy mądrze wybierzemy? To już opowieść na inny felieton.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety EXTRA Jaworzno nr 3-2021

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

Najnowsze

To Top