Felieton

Zwolnij, nie zabijaj (felieton)

Ależ mamy zalew stygmatyzacji pieszych ze strony niektórych samorządowców. Widzieliście te napisy przed przejściami dla nich malowane w Katowicach, w Poznaniu i jeszcze w paru miejscach? Odłóż telefon i żyj? Największa bzdurność tej akcji bierze się stąd, że utrwala ona miejski mit – że do potrąceń dochodzi dlatego, że piesi wgapiają się w ekraniki. Tymczasem przy przechodzeniu przez jezdnię jeden procent pieszych ma słuchawki na uszach, drugi używa telefonu. A kierowcy? 85 procent łamie przepisy dotyczące ograniczenia prędkości w rejonie przejść w terenie zabudowanym, poza miastami – nawet 90 proc. To im powinno się malować na jezdni – Zwolnij, nie zabijaj.

Po ponad tygodniu obowiązywania nowych przepisów o pierwszeństwie pieszych na przejściach wiadomo już jedno – miasta nie stanęły w masakrycznych korkach. Jeśli gdzieś są to dokładnie z tego samego powodu co wcześniej – z nadmiaru samochodów. A nie z powodu pieszych. Czyli to wielomiesięczne biadolenie petrolheadów poszło się paść. Rzeczywistość nie zaskrzeczała jak wróżyli. A mnie ciągle brzęczą w głowie opowieści odwiecznych ekspertów od niepoprawiającego się bezpieczeństwa, takich dziadersów od wypadków, którym od lat nie udało się osiągnąć niczego, a dziennikarze ciągle mają ich w kajetach i stawiają przed kamerami. Oni nawet nie potrafią dostrzec banalnych sprzeczności w swoich opowieściach o nierozważnej młodzieży wbiegającej pod koła z oczami wlepionymi w smartfony i w kapturach na głowie z koszmarnymi statystykami, w których typową ofiarą potrącenia na przejściu jest kobieta w wieku emerytalnym, w piątek późnym wieczorem jesienią lub wczesną zimą. Taaa… Ona na pewno wbiegają z tymi smartfonami.

W środę brałem udział w spacerze po przebudowanym śródmieściu w ramach Miasta Idei. Byłem świadkiem zażartej dyskusji między uczestnikami na temat przenoszenia się ruchu samochodów w wyniku zmian organizacji ruchu. Nie wtrącałem się, bo temat nie jest na chłopski rozum. Tematem zajmowali się inżynierowie i psychologowie transportu i dostrzegli paradoksy. Jeden dość dokładnie opisany jako Paradoks Breassa. Dietrich Braess akurat nie uprawiał ani inżynierii ani psychologii lecz był niemieckim matematykiem zajmującym się teorią gier.

Graczami są kierowcy, gracze są samolubni i nie kierują się interesem grupy lecz swoim własnym. Istnieje skończona ilość wariantów podróży między dwoma punktami i skończona ilość pojazdów. Czasem ważny jest dystans podróży, ale najważniejszy jest czas. Ludzie poruszają się po ulicach samochodami stałymi i typowymi trasami, niezależnie od tego czy jest to dla nich i dla społeczności korzystne. Przyzwyczajenie jest silniejsze niż zbiorowy interes. W sytuacji gdy zatłoczenie i korki nie są stanem typowym lecz zależą od przypadkowego układu to nic, powtarzam – nic nie jest w stanie zmienić tych przyzwyczajeń do momentu aż korek staje się sytuacją stałą i pewną lub gdy fizycznie nie zostanie ograniczona możliwość przejazdu danym odcinkiem.

Breass udowodnił obliczeniami, że zamykanie lub ograniczanie ruchu na pewnych odcinkach dróg nie powoduje zwiększania kongestii lub banalnego „przenoszenia się” ruchu na sąsiednie ulice. Nieintuicyjnie dla wszystkich posługujących się chłopskim rozumem – zamknięcie odcinków dróg potrafi przy istnieniu odpowiedniej ilości alternatyw doprowadzić do zmniejszenia zatłoczenia ulic. Co najważniejsze – to działa nie tylko w przypadku matematycznych modeli ruchu ale również niezwykle często dzieje się w rzeczywistości. Choć musi być spełniony warunek, że sieć drogowa ma rzeczywiście charakter sieci, a nie jednego korytarza. Czyli muszą istnieć alternatywy, najlepiej alternatywy społecznie i środowiskowo korzystne. Takie „cuda” zdarzały się w starym i nowym świecie, choć amerykańskie i europejskie drogi i miasta różnią się drastycznie. Nawet w Azji, gdzie rozebranie fragmentu miejskiej autostrady skasowało korki w połowie miasta.

Może nie macie do końca świadomości, a temat wymaga jeszcze naukowego opracowania ale paradoks Braessa zdarzył się również w Jaworznie. Jesienią 2012 roku zamknięty na stałe został istniejący od kilkuset lat węzeł drogowy zlokalizowany na przestrzeni, która nazywana była Rynkiem. Rach, ciach i już. Rozebrano asfalt i nie przydarzył się żaden armageddon drogowy, choć byli tacy co na chłopski rozum go przewidywali. Nie tylko się nie zdarzył, ale ruch odczuwalnie zelżał… Ciekawe, nie?

Ale najciekawsze było to co zamknięcie Rynku wywołało w bezpieczeństwie ruchu drogowego. Statystyki pokazują to wyraźnie jako tąpnięcie. Skokowy i trwały spadek ilości zdarzeń drogowych i ciężkich wypadków nie dający się uzasadnić przypadkiem ani jakąś powszechną tendencją występującą na obszarze całego kraju. Rok do roku ilość wypadków spadła z około stu rocznie o jedną trzecią. A później było już tylko lepiej kiedy poszła intensywna kameralizacja miejskich ulic – od trzech lat mamy zadziwiająco stałą ilość wypadków – 27 rocznie. Jedną czwartą tego co przed zamknięciem Rynku i wymuszeniem zmiany zachowań komunikacyjnych większości kierowców. Oni zostali fizycznie zmuszeni do wybierania tras, na których była mniejsza możliwość popełniania błędów, lub zaprojektowanych tak, że błędy były przez infrastrukturę „wybaczane”.

Podsumowując – ruch drogowy składa się z paradoksów. Ludzie są egoistami, społecznie dobre zachowania komunikacyjne trzeba wymuszać. Piesi ze smartfonami nie powodują wypadków, ruch drogowy się „nie przenosi”. On się po prostu zmienia. A najbardziej przed zmianą lękamy się nieprzewidywalności zmiany. Nawet jeśli miałaby ona przynosić korzyści. O ostatni wniosek – nie ma co dyskutować z chłopskim rozumem.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 12-2021

Najnowsze

To Top