Felieton

Dzień w którym skończyła się cywilizacja techniczna (felieton)

Czwartego września 476 roku upadł Rzym. Dla zwykłego rzymskiego obywatela to była całkiem nieznacząca data. Cesarze byli mordowani, truci, wypędzani. Że żołdacy poprosili Romulusa Augustulusa, żeby się wyprowadził na prowincję? Oj tam, oj tam. Jakoś żyć trzeba dalej, iść do pracy, spożyć wieczerzę, przypilnować niewolników, zarobić na podatki. O tym, że czwartego września upadł Rzym dowiedzieliśmy się setki lat później od historyków. Taką sobie datę przyjęli. Symboliczną.

Z naszą cywilizacją techniczną po rewolucji przemysłowej jest podobny problem. Trzeba będzie kiedyś określić dzień jej upadku. Ale w tym przypadku może już nie być historyków, którzy wskażą konkretną datę. Nawet nie wiemy czy to przypadkiem już się nie wydarzyło. Wszystko zależy od tego czy przekroczyliśmy już punkt bez odwrotu, czy mamy jeszcze jakiś zapas.

Naukowcy nie wiedzą. Takie rzeczy wie się dopiero po. Ale ostatnie odkrycia klimatologów, że zwiększenie wilgotności powietrza jest dodatnim sprzężeniem ocieplającego się klimatu a nie – jak dotąd przeczuwaliśmy – że obecność chmur raczej nasz system klimatyczny schładza – mrozi w żyłach krew. Choć powinna ją gotować.

Miałem plan krótkiego urlopu połączonego z nauką projektowania holenderskich dróg. Jednak zobaczenie czegoś na żywo i uczestniczenie w mobilności to co innego niż przeczytanie o tym. Bazę miałem w sercu byłego zagłębia Ruhry, niedaleko rzeki. Zdążyłem najeździć się dziesiątki kilometrów między Venlo o Nijmighen. Ale potem zaczęło lać. Tam gdzie nocowałem ostro lało. Trzydzieści kilometrów dalej to nie był zwykły deszcz. To jakby ktoś w niebie otworzył kran z wodą. Zginęły setki ludzi.

Kilka lat temu jakiś bystry rysownik przedstawił podejście większości ludzi do klimatycznego samobójstwa w formie wykresu z opiniami. Jego połowa opisana była tak: „Klimat się zmienia w sposób naturalny”. Prawie druga połowa: „Człowiek wpływa na zmianę klimatu, ale nic nie możemy z tym zrobić”. Już przy końcówce „opinie” są dwie: „Ups…” i „Fuck”. Obecnie jesteśmy w fazie drugiej.

Rządzący zrobili badania opinii publicznej i jak im wyszło z ujawnionych emaili szefa kancelarii premiera już dwie trzecie Polaków obawia się katastrofy klimatycznej. Ale sądząc po reakcjach na unijny plan „Fit for 55” nie uda się go wdrożyć. Bo wyobraźcie sobie, że każdy z nas musiałby dobrowolnie zrezygnować z ponad połowy podróży odbywanych samochodem…

Potrafię sobie to wyobrazić, bo w tej Holandii zobaczyłem, że to się po prostu już tam dzieje. Wystarczyło przejechać się po ich miastach, miasteczkach, wsiach i interiorze, żeby zauważyć, że tam nie odbywa się absurdalnie krótkich podróży samochodem. Co to jest absurdalnie krótka podróż? To taka, kiedy uruchamiamy półtoratonowy pojazd żeby przewieźć kilkadziesiąt kilogramów mięsa, tkanek i kości na dystansie kilku kilometrów. Ten temat też został zbadany i policzony – takich podróży w naszym kraju odbywa się prawie dwie trzecie. Zdziwieni? Nie powinniśmy być. Wystarczy przyjrzeć się jak używamy samochodów. Nikt nie jest bez winy. Podjeżdżamy sobie kilkaset metrów, czasem nieco więcej. Bo tak jest wygodnie. Czy bylibyśmy skłonni zrezygnować z tej wygody? Coś musiałoby nas do tego raczej zmusić. I na pewno nie jest to lęk przed upadkiem cywilizacji technicznej. Romulus co prawda wyprowadził się już na wieś, ale w Rzymie życie toczy się dalej.

Pomysł, żeby przymus zewnętrzny się pojawił jest dość prostacki – dowalić podatkami tak, żeby przestało się nam opłacać jeździć samochodami na absurdalnie krótkich dystansach. Kiedy paliwo byłoby po osiem złotych… Albo po kilkanaście jak osiem nie zadziała, albo po kilkadziesiąt… Tylko co wtedy? Popatrzcie na polskie miasta. Czy one w swojej urbanistyce, strukturze przestrzennej gotowe są na taką zmianę? Oczywiście, że nie są. Cała masa ludzi zrealizowała swoje marzenie o domku na zad…u. I, że oni mają teraz swoje potrzeby transportowe zaspokoić rowerem, pieszo i autobusem? A będą musieli. Kiedy pojawi się krótka faza: „ups”.

O Holendrów się nie martwię. Oni już odstawili samochody na krótkich dystansach. To oczywiście wymagało przebudowy miast i miasteczek, ale w wielu przypadkach zmiana wymagała użycia raczej kubła z farbą niż koparek i walców. To co zaskoczyło mnie tam najbardziej to nie samo rozwiązanie holenderskiej ulicy – dwa pełnowymiarowe pasy dla rowerów i wąziutki dwukierunkowy pas dla aut – ale skala użycia tego rozwiązania. Jest ich więcej niż zwykłych, dwupasmowych dróg. Czy to jest bezpieczne? Jest. Nigdzie na świecie nie czułem się w ruchu ulicznym bezpieczniej niż w Holandii poruszając się tam rowerem. Zwłaszcza, że nie byłem tam żałosnym wyjątkiem poruszającym się na dwóch kółkach. Ludzi poruszających się rowerami jest więcej niż samochodów i pieszych razem wziętych. Czyli da się.

Da się żyć w jednym z najbogatszych, najbardziej tolerancyjnych i wolnych społeczeństw nie będąc niewolnikami masowej motoryzacji. Ten przypadek powinien dawać nadzieję, ale wczoraj widziałem nagranie z ataku antyszczepionkowych szurów na punkt szczepień w Grodzisku Mazowieckim. I tu mi cała nadzieja prysła. Przecież nie będę im życzył, żeby się w czwartej, piątej, lub kolejnych falach zarazili i walnęli w kalendarz zwiększając w ten sposób średni poziom inteligencji w społeczeństwie (choć ostatnie badania pokazują, że przejście covida u sporej części ludzi powoduje trwałe obniżenie IQ o około 10 proc., więc „zgłupienie” ozdrowieńców na nowo obniży społeczną inteligencję). Ich postawa jest jakimś defektem ewolucji naszego gatunku. Cóż oni są winni temu, że rzeczywistość tłumaczą sobie spiskami?

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że dziś historycy są zgodni którego dnia upadł Rzym. W przyszłości może się okazać, że nie będzie komu uzgodnić kiedy skończyła się cywilizacja techniczna. Czy ten dzień już nastąpił czy wciąż jest przed nami.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 16-2021

Więcej felietonów: TUTAJ

Najnowsze

To Top