Felieton

PODWYŻKI MANDATÓW? (felieton)

Jeden z tabloidów, którego trudno podejrzewać, żeby nie darzył motoryzacji sympatią zlecił sondaż opinii publicznej na temat wysokości mandatów za jazdę niezgodną z przepisami. Sześćdziesiąt procent badanych stwierdziło, że powinny być wyższe. I to tak jakby powinno skończyć dyskusję gdyby nie wycie. Ale od jakiegoś czasu powiedzenie: „słychać wycie, znakomicie” robi zawrotną karierę. Choć niesłusznie. Zdecydowanie wolałbym, żebyśmy kształtowali prawo w konsensusie społecznym a nie wbrew większości.

Osobiście od kilku lat byłem gorącym orędownikiem podwyższenia mandatów. Tym łatwiej mi nim było być gdyż jestem nawróconym grzesznikiem, który dwie dekady temu musiał powtórnie z powodu zdobytych na „gierkówce” punktów (i śmiertelnej niechęci do opłacania się skorumpowanym policjantom) jeszcze raz zdać egzamin na prawo jazdy. Cóż, błędy młodości.

Mając dziś zerowe konto punktowe nadchodzącej zmiany wysokości mandatów obawiam się wcale. Gdyby nie to, że słowackie doświadczenia w cywilizowaniu kierowców za pomocą srogich pokut, są aż nadto obiecujące to nawet drakońskie mandaty byłyby mi kompletnie obojętne. Mam świetnie sprawdzony sposób na ich unikanie. Po prostu nie zap…alam. To po prostu absolutnie nie ma sensu. Po pierwsze ze względów ekonomicznych – sam płacę za paliwo i lubię włączyć komputer pokładowy swojego auta na spalanie i grać z samym sobą na rekordy minimalnego spalania. Po drugie – nie jestem niewolnikiem adrenaliny, którą wywołuje szybka jazda. Emocji dostarczam sobie innymi, bardziej bezpiecznymi metodami. Po trzecie – zap…lanie prawie nigdy nie daje takich oszczędności czasu, które byłyby tego warte. Raczej wielokrotnie ogarniał mnie śmiech gdy uprawiając ekodrajwing, ciesząc się z każdej zaoszczędzonej kropelki paliwa, doganiałem ostatecznie na jakichś światłach, a nawet wyprzedzałem drogowych wojowników, którzy wcześniej wyprzedzali mnie na podwójnej ciągłej, albo na łuku, albo gnali przez zabudowany z prędkością zasługującą na odebranie prawa jazdy.

Poziom społecznego poparcia dla drastycznego podniesienia mandatów dowodzi czegoś o co podejrzewałem polskie społeczeństwo – w swojej masie mamy dość drogowego terroru, który codziennie odbywa się na polskich drogach. Wielu z nas chciałoby móc spokojnie jeździć po ulicach i nie czuć się jak ostatni frajer będąc jedynym w zasięgu wzroku który jedzie zgodnie z przepisami.

Jesteśmy gatunkiem społecznym, który swoje zachowanie dopasowuje do tła. Wjeżdżając na Słowację wielu z nas z ulgą wtapia się w spokojny ruch na tamtejszych drogach. I jednocześnie przekraczając granicę w drugą stronę włącza tryb wściekłej jazdy, bo na wściekliźnie jeździ się w Polsce.

Mamy tego dość. I rządzący, którzy – jeśli tylko nie chodzi o zachowanie władzy – zawsze w podejmowaniu decyzji kierują się badaniami opinii publicznej, zdecydowali się na manewr z kilkukrotnym podniesieniem kar za drogową niepraworządność. Jestem pewien, że gdyby sondaże tego nie pokazywały – nie zdecydowaliby się na zmiany, bo kierując się tym co wypisują miłośnicy szybkiej jazdy w internetach wygląda na to, że to zamach na podstawowe wolności obywatelskie. I znów się potwierdza, że ci co głośno krzyczą zazwyczaj są tylko po prostu głośną mniejszością.

Kilka dni temu uciąłem sobie długą rozmowę z biegłym sądowym do spraw wypadków drogowych na temat planowanej podwyżki mandatów. Jest za, choć jest pewny, że z tego powodu będzie miał mniej zajęć z badania ciężkich wypadków ale na pewno więcej, gdy nieprzyjęte przez niepokornych kierowców mandaty będą trafiały do sądów. Zwrócił mi uwagę na…

… podstawowy problem przy wyjaśnianiu przyczyn wypadków – koncentrowanie się przez policję drogową na wskazaniu winnego, gdy w krajach gdzie udało się poprawić bezpieczeństwo – policjanci, a potem eksperci, koncentrują się na ustaleniu dlaczego doszło do drogowej tragedii.

Winnych niech ustalają sądy, a nie policjant na miejscu zdarzenia. On powinien przede wszystkim zadbać o zebranie dowodów i przeprowadzenie oględzin. A opis zdarzenia wrzucić do statystyk dopiero wtedy gdy ich rzeczywisty przebieg zostanie ustalony.

Dlaczego? Bo statystykami powinno się posługiwać do poprawiania bezpieczeństwa, a jeśli są one zafałszowane to trudno z tego wyciągać prawdziwe wnioski. Poprosiłem o przykład. Mamy za dużo wymuszeń pierwszeństwa w statystykach – odpowiedział.

Wyjaśnienie tego zafałszowania jest proste. Większość kierowców zbyt szybko jeździ. A większość ludzi ma problem z prawidłową oceną prędkości zbliżających się obiektów jeśli poruszają się szybciej niż szarżujący bawół. Brzmi zabawnie, prawda? Ale jeśli spojrzeć na historię naszego gatunku to tak właśnie jest – umiejętność oceny prędkości obiektów szybszych od bawoła była nam zbędna. Więc ta umiejętność nie wyewoluowała. Trudno mieć więc pretensje do wyjeżdżających z podporządkowanej pod gnających wojowników kierownicy, że źle ich szarże ocenili… Gdyby jechali zgodnie z przepisami to żadnego wymuszenia pierwszeństwa by nie było. Kropka.

Uknułem kiedyś bonmota, że kierowcy poruszają się zawsze z prędkością, którą uważają za bezpieczną. Dla siebie. Za kilka miesięcy szarżowanie samochodem stanie się bardzo niebezpieczne dla portfela. I to będzie główny powód zakończenia gorących walk w drogowej wojnie domowej.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 17-2021
Więcej felietonów: TUTAJ

Najnowsze

To Top