Felieton

Kult blaszanych żuczków (felieton)

Bardzo mi się podoba teza, że samochody elektryczne nie są po to, żeby uratować planetę ale po to, żeby uratować fabryki samochodów. Z grubsza o to chodzi. Niestety chciwość wykończy nasz gatunek. I zwykła głupota również. Wynalazek dwutonowych pojazdów do przewożenia siedemdziesięciu kilo mięsa i skóry to beznadziejny pomysł. Ale zaznaczyć trzeba, że w historii mieliśmy gorsze.

Jeśli zrobić ranking głupich pomysłów ludzkości, to jednak najstarsze z nich będą okupować szczyty. Weźmy wynalazek rozpalania ognia. Nie chodziło o to, żeby wieczory były przyjemniejsze, ale o to, żeby nażreć się mięsem. Surowe średnio nam smakowało. Poza tym duże zwierzęta z Afryki gdzie wyewoluowaliśmi wiedziały od początku jakie z nas gagatki i na widok wyprostowanych gołych małp dawały po prostu dyla. Słonie, nosorożce, żyrafy, antylopy lęk przed ludźmi przekazują sobie w genach. Dlatego nie wyginęły. Jeszcze.

Ale takich doświadczeń nie miały przecież wielkie zwierzęta w Azji, Amerykach i Australii. Więc je zeżarliśmy. Tak po prostu. Nie płoszyły się, bo nie czuły zagrożenia. Wystarczyło podejść, walnąć w łeb i rozpalić ognisko.

Niestety w swojej bezgranicznej gatunkowej głupocie nie przewidzieliśmy, że lepiej nie żreć wszystkich dużych zwierząt, bo się kiedyś skończą. Jak się skończyły, to problem pustych żołądków rozwiązaliśmy z ludzką kreatywnością – wynajdując rolnictwo. Ze wszystkimi tego konsekwencjami – zamiast się włóczyć po okolicy trzeba było siedzieć na czterech literach, a nawet wynaleźć własność. I hipotekę. I ostatecznie pieniądze.

Jak już wymyśliliśmy rolnictwo i udomowienie zwierząt, to przyplątały nam się odzwierzęce choroby. Ale to był mały pikuś przy wynalezieniu kozy.

Tak. Kozy. Nie było w historii większego szkodnika niż koza. Z powodu kóz trzy tysiące lat temu upadło parę imperiów. W tym imperium Hetytów (ci od Hattusy i posągów króli na górze Nemrut w Turcji), które rozsypało się w ciągu dwóch pokoleń. Zaliczyliśmy w basenie morza śródziemnego pierwszą poważną – choć lokalną – katastrofę klimatyczną. Jeśli liznęliście trochę historii neolitu, to pewnie słyszeliście, że upadek imperiów wywołał głód po najeździe ludów morza. To już nieaktualne – naukowcy znów coś niedawno wykopali i doszli do wniosku, że było odwrotnie – najpierw pojawił się głód wywołany nieprzerwaną przez lata suszą, a wtedy pojawiły się – w formie migracji ekonomicznej – ludy morza. I wszystko walnęło.

Ale co tu koza do upadku imperiów? Wszystko.

A dokładnie wszystkożerność. Na pierwszy rzut oka takie zwierzę w gospodarce to zbawienie. Nie trzeba karmić, bo samo sobie poradzi. Pewnie znacie historie, że potrafią wyżyć żrąc gazety. Niestety jedzą wszystko co zielone. Nie tylko trawę. Więc gdy już wytrzebiliśmy lasy pod pola uprawne wokół całego morza śródziemnego, to kozy już nie pozwoliły im nigdy odrosnąć. Każda siewka buka, dębu czy cedru ginęła w żołądkach kóz. Tak, tak… Nie było żadnej makii, suchych zarośli jakie znamy z wakacji w tamtych stronach. Klimat dzięki drzewom był zupełnie inny i w Libii, Syrii czy Lewancie na żyznej ziemi rosły dębowe i bukowe lasy. Ale potrzebowaliśmy ziemi pod wynalazek pszenicy. Reszty dokonały kozy, które nie pozwoliły drzewom zarosnąć czasowo nie uprawianych poletek. A za nimi wiatr, który wywiał urodzajną warstwę ziemi… a na koniec wszystko spłynęło do morza wraz z zimowymi deszczami. Dlatego port Troja znajduje się dziś kilkanaście kilometrów od morza a w kolebce rolnictwa – Anatolii krajobraz bardziej przypomina piekło pustyni a nie zielony raj znany z prastarych opowieści.

Zafundowaliśmy sobie trzy tysiące lat temu pierwszą porządną katastrofę klimatyczną. Miliony zginęły w wojnach, miliony musiało emigrować. Jako taki porządek społeczny trwający tysiąc lat walnął, bo wynaleźliśmy kozy domowe.

Znów wyjdę na radykała, ale za dzisiejsze kłopoty z klimatem, wojnami i migracją moim skromnym zdaniem odpowiada wynalazek samochodu. Jedna czwarta emisji gazów cieplarnianych wylatuje z rur wydechowych pojazdów. Ale to dopiero początek wyliczanki… Zawsze szokowało mnie jak duża część gospodarek biednych krajów związana jest z samochodami. Wszędzie biedadomki, ale samochód musi być. A za nimi warsztaty, stacje, rafinerie, fabryki części, huty klepiące blachę na karoserie, huty od szyb a wszystko z betonu, stali i węgla, które trzeba było wyrwać ze skał żeby te fabryki zbudować. Biznes się kręci, ludzie zarabiają na nim pieniądze, a ostatni w łańcuszku kierowca dostaje przekaz, że auto daje mu wolność.

Choć jakby popatrzeć z perspektywy ufoludka na naszą planetę, to rasą panującą wokół której ludzkie mróweczki się uwijają są takie blaszane żuczki. Mróweczki ciężko harują, żeby je wytworzyć, a potem opiekują się nimi, karmią, wyprowadzają na przejażdżki, otaczają kultem, autokultem…

Obawiam się, że powtarzamy historię z kozami, tylko na globalną skalę. Znikąd nadziei. Wygląda na to jednak, że jeśli w przyszłości będą jacyś historycy opisywać nasze dzieje, to nie pominą udziału naszej miłości do samochodów w dziele upadku cywilizacji technicznej. I proszę mi nie zarzucać nienawiści do samochodów… Po prostu widzę jak prowadzą nas na ostateczną zgubę.

A kozy? Chyba nieprzypadkowo diabła w końcu w nich dostrzegliśmy – brodatego, rogatego, z ogonem i z raciczkami. Zresztą słowo „tragedia”, to z greckiego dosłownie – pieśń kozy.

A co to ma wspólnego wszystko z Jaworznem? Niestety jak media donoszą elektryczna Izera nam odjeżdża jak Szczecinowi stępka promu. Elektryki będą składać w fabryce fiata w Tychach, a Toyota w starej fabryce opla w Gliwicach. W końcu elektryki są po to, żeby ratować biznes, bo planety z pewnością nie uratują.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 12-2022
Więcej felietonów: TUTAJ

Najnowsze

To Top