Felieton

Dzwony na św. Wojciecha? (felieton)

Mieszkańcy Jaworzna będą pamiętali – czy był jakiś tydzień, albo dwa tygodnie bez dzwona na skrzyżowaniu Drabika i św. Wojciecha? Jeśli zapytać ich dwa lata temu – to nie było. Zapytajcie dziś… Prawidłowa odpowiedź: – A tam są jakieś dzwony?

Sytuacja poprzednia – proste skrzyżowanie, czyli pod kątem prostym ulicy zbiorczej z drogą lokalną. Lokalna otacza śródmieście, zbiorcza jest jego wylotówką. Trudno o prostsze skrzyżowanie do ogarnięcia. Zbiorcza jest na pierwszeństwie, z lokalnych wlotów znaki STOP. I kolizja za kolizją. Zdarzały się i wypadki z rannymi. Dla policji zawsze sprawa była jasna – ci z Drabika wymuszali. A sprawdzić zachowanie tych na pierwszeństwie bez czarnych skrzynek nie było sposobu. Przy takiej ilości zdarzeń w tym miejscu kiedyś musiało dojść do wypadku śmiertelnego – statystyki nie da się oszukać.

Kiedy zapadła decyzja o przebudowie św. Wojciecha Wydział Inwestycji Miejskich zdecydował, że zakresem trzeba objąć również to skrzyżowanie.

Napisałem opis przedmiotu zamówienia i na szczęście – jak zwykle zresztą – trafiliśmy na kumatego projektanta, który nie protestował dziwacznym naszym oczekiwaniom. A chcieliśmy, żeby zawęził jezdnię św. Wojciecha do 6 metrów (miejscowo miała nawet 9), żeby poszerzył dzięki temu chodniki, a z jednego, który tak naprawdę był opaską zrobił wygodny chodnik o szerokości nawet trzech metrów. Nawet nie był skonsternowany jak kazaliśmy mu zlikwidować zatokę autobusową wstawiając tam peron ani tym bardziej, gdy poleciliśmy wygiąć oś jezdni na środku skrzyżowania tak, żeby kierowcy trafiali z dużo szerszej jezdni do lejka. Wciąż będąc na pierwszeństwie.

Niestety wciąż dobre pomysły trzeba wbijać młotkiem, czyli na siłę. Wbrew lokalnym znaffcom BRD i lokalnym mediom. Ależ był podpuszczany w gazetach i w internecie hejt. Na zwężenie, na dezatokizację a najbardziej na lejek. Bubel, idiotyzm, partactwo. Tak pisali. Mimo, że raptem kilka miesięcy przed przebudową jedna z redaktorek lokalnej gazety zaliczyła tam dzwona. Ale przyzwyczajony jestem. Również do tego jak mi fukali na korytarzach, że nie zatwierdzą, okazywali dąsy i odgrażali się. I wizje lokalne były. Ale robota szła. I się skończyła.

Po pierwsze – nie pojawiły się zapowiadane korki. Po drugie – skończyły się szaleńcze jazdy i wyprzedzanie bez widoczności na głównej. I to mimo gładkiego asfaltu, który powinien zachęcać. I zwykle w Polsce zachęca. I przede wszystkim skończyły się cotygodniowe dzwony.

Wiem, laweciarzom odebraliśmy chleb. Blacharze też w żałobie. Ci co fukali i dąsali się nawet przestali mówić dzień dobry. Pewien ważny wąsacz tygodniami marudził, że to chore, żeby tak do lejka wjeżdżać bo się krawężniki z jednej i drugiej strony skrzyżowania mu nie zgadzają. Aż się przyzwyczaili.

Teraz temat nie istnieje, bo zniknął problem. Policjanci szczęśliwi, bo nie muszą mandatować kolizjantów. Nie zauważyłem nawet, żeby dziś ktoś hejtował za tę właśnie węższą jezdnię. Dostałem nawet list z podziękowaniem od matki z dzieckiem, że nareszcie ma po czym pchać wózek. Bo chodnik.

I tylko od czasu do czasu ktoś napisze, że z tym poprawianiem BRD w Jaworznie to tylko czysta propaganda. Niech piszą. A my róbmy swoje.

A teraz wyjaśnienie dlaczego nastąpiła tam poprawa bezpieczeństwa… Jeśli spojrzycie na zdjęcie z Googla to ul. św Wojciecha jest niczym lotnisko – długa, prosta, koniec drogi chowa się za horyzontem. Do kolizji dochodziło zazwyczaj przy dużej prędkości samochodów na głównej ulicy. Pruli bo było szeroko i „bezpiecznie”. Ci, którzy próbowali wyjechać z ulic lokalnych nawet jeśli widzieli zbliżające się samochody to nie byli w stanie prawidłowo ocenić prędkości – nasz gatunek tak ma, że nie radzimy sobie z tym. I bum. Ku zaskoczeniu tych co szybkoalebezpiecznie i tych, co nie widzieli, albo zadziało się wszystko zbyt szybko.

W nowej sytuacji kierowcy na głównej muszą wcelować w lejek. Jezdnia jest węższa, jazda wymaga więc większej precyzji i koncentracji. A jako, że jest węższa, to kierowcy odnoszą wrażenie, że jadą szybciej niż w rzeczywistości. Wszyscy mają więcej czasu. I okazuje się, że ta sekunda czy dwie więcej czasu zabezpiecza nas przed kolizjami. Nawet jeśli ktoś wyjedzie znienacka, to ci na głównej mają wystarczająco dużo czasu i niewielką prędkość by wyhamować. Tak to działa.

Tomasz Tosza

Więcej felietonów znajdziecie: tutaj

Najnowsze

To Top