Felieton

Limity napisane ludzką krwią (felieton)

Nie on pierwszy, nie on ostatni, nie on jedyny. Właściwie to Donald Tusk zachował się jak ogromna większość kierowców. Za…lał w zabudowanym. Oczywiście przegiął ponad miarę ale był tylko jednym z dwustu kierowców którzy tego dnia za to samo stracili prawo jazdy na trzy miesiące.

Zupełnie nieoczekiwanie dla siebie przewodniczący przysłużył się sprawie bezpieczeństwa ruchu drogowego w Polsce. Dla dziennikarzy i polityków zawsze to wielka gratka, żeby przejechać się po człowieku choć w terenie zabudowanym prędkość przekracza 85 proc. kierowców. Więc jedni próbują go bronić a inni rzucają kamieniami obelg choć sami nie są bez winy. Przypomnę, że podobnych akcji z przekraczaniem prędkości po obu stronach politycznej barykady było całe zatrzęsienie. To ludzkie – lubimy emocje jakie daje szybka jazda. Jazda powyżej limitów. Rzecz w tym, że niewielu kojarzy, że limity nie wzięły się z nieracjonalnych umysłów urzędników, ale zostały napisane ludzką krwią. Podobnie jak przepisy lotnicze. Tylko, że w lotnictwie są one bezwzględnie respektowane a na drogach już słabiej. Póki co.

Koronnym argumentem przeciwników podnoszenia wysokości mandatów jest ten, że to nie wysokość kary ale jej nieuchronność jest kluczowym elementem, który powstrzymuje ludzi przed jego łamaniem. I tu są dwa problemy z tą „logiką”. Jednocześnie ci ludzie są zatwardziałymi przeciwnikami automatycznego nadzoru nad ruchem – odcinkowych pomiarów prędkości, fotoradarów, kamer wyłapujących przejazdy na czerwonym świetle. Kupy się to nie trzyma – skoro nieuchronność kary jest lepsza, to dlaczego protestują przeciwko tej nieuchronności? Wysokość mandatów mogłaby zostać po staremu gdybyśmy mieli w Polsce tyle radarów na kilometr co ma taka Holandia.

Druga rzecz – powiedzenie „o nieuchronności kary” dotyczy przestępstw kryminalnych. Rzeczywiście tam to działa ale… w ograniczonym zakresie. Pamiętacie serię filmów Gang Olsena? To nie była komedia, to był paradokument. Więzienia są pełne idiotów i nieudaczników podobnych do Egona, klawo-jak-cholera. Amerykańskie filmy kryminalne zbudowały mit superinteligentnych przestępców, gdy w rzeczywistości jest to grupa dość tępa. Natomiast przepisy ruchu drogowego są aktami regulującymi zachowania nieopisane w dekalogu. Choć ostatecznie służą niedopuszczeniu do złamania przykazania: nie zabijaj.

Jeśli ktoś już ginie w wypadku, to nie dzieje się dlatego, że ktoś tego chciał, ale dlatego, że znalazł się w złym momencie w złym miejscu. Jak rodzeństwo zawracające na dwujezdniówce w Olsztynie w których samochód wbił się pewien strażak z prędkością 190 km/h. Jechał ponad limit trzy razy bardziej niż przewodniczący Tusk. Kierująca dziewczyna nie miała szansy zobaczyć samochodu jadącego z prędkością startującego odrzutowca. A nawet jeśli zobaczyła, to był to ostatni obraz jaki widziała w życiu. Kiedy jedziemy z prędkościami grubo ponad limit to wszystko dzieje się nagle.

Prawie najwyższy wymiar kary otrzymał warszawski osiłek, który pomarańczowym bmw usiłował umocnić swoje poczucie męskości rajdem miejską ulicą Sokratesa. Osiem lat bez dwóch miesięcy za zabicie młodego ojca na przejściu dla pieszych. Ta tragedia wywołała panikę moralną (to socjologiczne określenie zjawiska), które ostatecznie doprowadziło do zmiany przepisów dotyczących pierwszeństwa pieszych na przejściach. Śmierć młodego człowieka nie okazała się bezsensowna (choć wiem jak to okrutnie brzmi). Ileż ja się napisałem i natłumaczyłem wcześniej dlaczego piesi powinni mieć pierwszeństwo… Jak krew w piach.

Wprowadzone w czerwcu przepisy zadziałały tak jak działają wszędzie – zaowocowały 42 procentowym spadkiem ofiar potrąceń dla pieszych. A co ważniejsze – zmiana poprawiła sytuację również na pozostałych fragmentach dróg.

Zawstydzeni powinni być wszyscy przeciwnicy tej zmiany. A nie są. Wciąż dopatrują się innych, z czterech liter wziętych wyjaśnień tej poprawy bezpieczeństwa. Mówią, że po pięciu latach będzie na pewno wiadomo. Nie będzie. Bo od stycznia mandaty wybijają w kosmos. To dopiero będzie rewolucja. Przez parlament przeszła gładko, wczoraj głosował nad nią senat. Rajd przewodniczącego Tuska też się przysłużył. Choć akurat w jego przypadku nauczkę powinni mieć zarządcy dróg, którzy wciąż i nieustannie budują drogi tak jakbyśmy byli w Związku Radzieckim a nie w Unii Europejskiej. Dlaczego Tusk grzał 107 km/h w środku wsi Wiśniewo? Odpowiedź jest prosta – bo się dało. Na tym odcinku nie było praktycznie żadnego elementu infrastruktury, który wymusiłby wolniejszą jazdę. Pas asfaltu między krawężnikami to było 10 metrów. Pasy ruchu zawężono farbą błędnie – zamiast wyłączyć środek jezdni – wyłączono krawędzie. Każdy kierujący ma tam złudzenie przestrzenie, miejsca, kontroli sytuacji. Ta infrastruktura jest pułapką dla szybkoalebezpiecznych – oni po prostu mają problem z powstrzymaniem się od zap….lania.

Ale jest dobra wiadomość – w przypadku Tuska możemy być przynajmniej pewni, że za kierownicą zobaczymy go dopiero w lutym. A wtedy za podobną akcję, obok zatrzymania uprawnień na trzy miesiące, minimalny mandat wyszedłby mu pięciokrotnie wyższy niż maksymalny teraz. I to jest dobry kierunek.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 24-2021

Więcej felietonów: TUTAJ

Najnowsze

To Top