Felieton

Kłamstwo ma krótkie nogi (felieton)

Nie ma w arabskim podejściu do bezpieczeństwa ruchu drogowego zbyt wielu rzeczy, które by mi się podobały… Nawet dla Polaka to co się dzieje na tamtejszych drogach jest kosmicznym chaosem nie do ogarnięcia na pierwszy rzut oka. Patrząc z zewnątrz należałoby się spodziewać, że plamy na tamtejszym asfalcie nie są z oleju cieknącego ze złomu jeżdżącego po ulicach ale z krwi.

I statystyki to potwierdzają – trzy razy łatwiej stracić tam życie w wypadku niż w niebezpiecznej Polsce. Ale teraz o tej jednej rzeczy, która mi się tam podoba – podejście do winy za wypadek przez kierowcę jadącego z tyłu. Arabowie dość słusznie uznali, że skoro kierowca nie ma oczu z tyłu głowy (ani nawet z boku) to za każde zdarzenie odpowiada ten, który jedzie z tyłu. Ma on powiem większą świadomość sytuacyjną, więc powinien uważać co się dzieje przed nim. I może się nie przejmować czymkolwiek co się dzieje z tyłu. Jakby lusterek nie było. Zrozumienie tego mechanizmu pozwala na jakąkolwiek jazdę arabskimi ulicami, bo tak dużo i chaotycznie tam się dzieje. Percepcji starcza jedynie na ogarnięcie tego co widzimy przed sobą. Więc byle do przodu.

Marzy mi się mariaż tej zasady z europejskim podejściem do ruchu drogowego. Bo niby mamy już zasady i drogi podobne do tych w Europie, ale zdecydowanie za dużo u nas ułanów i ogólnie jeźdźców bez głowy upajających się mocą mechanicznych koników i momentem obrotowym. Manewr, który jest najbardziej niebezpieczny – wyprzedzanie – stał się narodowym sportem. Hajda i do przodu, podwójna ciągła nie gryzie – i do przodu, skrzyżowania są dla frajerów, byle do przodu…

Gdyby zasada że ten z tyłu zawsze jest winny obowiązywała w Polsce nie byłoby sprawy Sebastiana z Cinquecento, w którego uderzyła limuzyna wioząca byłą panią premier Beatę Szydło. Rzecz miała miejsce pięć lat temu w Oświęcimiu. Sprawa jest i robi się coraz bardziej ciekawie.

Instytucja, która wozi w Polsce polityków teoretycznie zajmuje się ich ochroną przed niebezpieczeństwami. W praktyce można odnieść wrażenie, że stara się ich zabić w różnego typu wypadkach – czy to lotniczych, czy też drogowych. I to jest polska specjalność, bo jakoś nie idzie wyczytać o masowych wypadkach pojazdów do wożenia vipów służb innych państw. Domyślam się dlaczego… Tam jednak chyba mają ogólne pojęcie o prawach fizyki.

Kiedy pani Szydło przydarzył się wypadek w Oświęcimiu to dla ludzi zajmujących się bezpieczeństwem ruchu sprawa była zasadniczo jasna. Czy ktoś kiedykolwiek widział kolumnę rządową jadącą z dozwoloną prędkością? Ja nie widziałem, żeby poruszali się nawet z prędkością bezpieczną, nie mówiąc o prędkości dozwolonej (jeśli ktoś widział niech napisze w komentarzu, i nie chodzi bynajmniej u udział limuzyny w kondukcie pogrzebowym). Ale ważniejsze jest pytanie drugie – czy ktoś słyszał taką kolumnę? Najczęściej poruszają się z rykiem silników, w blasku niebieskich świateł, ale nie o taki wydawany odgłos przecież chodzi…

Z dużymi oczami obejrzałem zatem relacje państwowej telewizji, że kolumna poruszała się z prędkością 50 km/h w obszarze zabudowanym otoczona nie tylko błękitną poświatą ale również syrenami (i nie chodziło o mitologiczne istoty z głębin morskich wodzące marynarzy na pokuszenie). I winnym wypadkowi jest młody kierowca, który wymusił pierwszeństwo skręcając w lewo na skrzyżowaniu kiedy omijała go kolumna premierowska. Młodzieniec miał się przyznać i przyjąć mandat.

Od samego początku wiedziałem, że ta narracja się popruje jak sprane majtki. Od pierwszego dnia. Rządowa telewizja spreparowała wizualizację pokazującą wbrew stanowi faktycznemu, że na tej ulicy nie było zakazu wyprzedzania. Był. Podwójna ciągła. Na obrazkach – przerywana. Oho… Ktoś grubo idzie, pomyślałem wtedy zajrzawszy uprzednio na Google Street View.

A potem już się działy same cuda. Ochroniarze zgodnie zeznający, że jechali z dźwiękiem czyli na bombach (nigdy nie jeździli ale akurat im się przydarzyło), robienie głuchych ze świadków wypadku, którzy akurat byli anonimowymi alkoholikami po terapii, zaginęły w prokuraturze płyty z nagraniami monitoringów. Do tego tajemnicze odłączenie prędkościomierza limuzyn od czarnej skrzynki pojazdu… I jeszcze dziwniejsze ekspertyzy różnych biegłych od wypadku, którzy twierdzili, że w lipę limuzyna uderzyła z prędkością 40 km/h podczas gdy zniszczenia są takie jakby jechali pięćdziesięcioletnią wołgą a nie dwuipółtonowym cudem germańskiej techniki i jej przewagami.

Wiadomo będzie, że przy takim podejściu będzie serial medialny. Bo nic się w tym wypadku nie zgadzało. I to musiało się spruć do końca. I się w zeszłym tygodniu spruło. Jeden z oficerów który brali udział w wypadku, już na emeryturze, opowiedział dziennikarzom jak było naprawdę – że jechali po cichu, bo tak się jeździło, żeby suwerena nie drażnić. O tym, że było to niebezpieczne i nielegalne już nikt nie pomyślał. Trafiło na boguduchawinnego Sebastiana i trudno.
Dlaczego nikt z biorących udział w tym wypadku nie wpadł na pomysł, żeby wziąć ten wypadek na klatę? Stało się. Chłopak dostałby odszkodowanie za zniszczone auto. Warta dwa i pół miliona pancerna limuzyna byłaby już wyklepana zamiast gnić na parkingu dowodów. Po pięciu latach nikt by już o sprawie nie pamiętał, bo to byłby jeden ze 120 tysięcy wypadków jakie miały miejsce w tym okresie. Nikt nikomu by niczego nie wypominał, a tak?

Pozostałym ochroniarzom grozić będą zarzuty za składanie fałszywych zeznań. Można za to dostać nawet osiem lat. Pani premier też zeznawała. I niezależnie od tego co zeznała ma problem – mniejszy jeśli powiedziała, że spała i nie pamięta czy były syreny (sorry, ale ich się nie da nie usłyszeć, więc niesmak w opinii publicznej pozostanie) większy – jeśli zeznała to co jej ochroniarze (wyrok nawet w zawiasach uniemożliwia jej branie udziału w polityce).

Jaki z tej historii morał wynika? Taki jak zawsze – że kłamstwo ma krótkie nogi. I że z perspektywy czasu odwaga cywilna przyznania się do błędu ciągnie za sobą mniej potencjalnych problemów niż dęte narracje. A dla bezpieczeństwa ruchu? Że przydałaby się nam arabska zasada, że ten z tyłu zawsze winny. Sebastian z Oświęcimia nie miał oczu z tyłu głowy. Ani nikt z nas nie ma, więc przepisy powinny bardziej oddawać fizjologię.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 26-2021

Więcej felietonów: TUTAJ

Najnowsze

To Top