Felieton

Ekonomiczny eksperyment (felieton)

Po co w ogóle te felietony pisać? Dla komentarza rzeczywistości lub dla jej objaśnienia. Subiektywnie. Felieton jest podpisany, więc autor bierze za nie pełną odpowiedzialność. Oby się tylko źle nie starzały.

Docierają do mnie opinie, że są tacy, którzy potrafią obrazić się na moje oceny rzeczywistości. Docierają również i prośby, żeby przypisy jak w pracach naukowych umieszczać. Nie zamierzam póki co tępić języka ani odwoływać się przypisami do literatury – kto szuka źródeł, temu google pomoże. Od czasu do czasu tylko spoglądam w przeszłość na to co wypisywałem i szukam ewentualnych wtop. Ufff… Póki co mnie to omija, czego nie można powiedzieć o innych, co subiektywnie, krytycznie, lub przewidująco nieustannie musieliby usuwać stare wpisy bo wstyd.

Skoro ostro, to ostro – ekonomia nie jest nauką. Nie ma jednej ekonomii. I każda ekonomia jest jakąś ideologią.

Oczywiście są powtarzalne zjawiska w tej dziedzinie, ale ich powtarzalność ma źródło w socjologicznych cechach społeczeństw, w zachowaniach indywidualnych i grupowych, które bywają nierozważne. Ekonomie są po prostu wymyślonymi w głowach konstruktami. A każda polityka ekonomiczna jest w pewnym sensie eksperymentem. A najbardziej szkodliwymi eksperymentami są te, które służą realizacji podstawowego celu polityki – zachowania władzy, afrodyzjaku siwiejących samców w drogich garniturach wpieranych przez cwaniaków, którzy przytuleni do władzy chcą przejść ze statusu zarabiających pieniądze do statusu tych, którzy pieniądze po prostu mają.

Nieco ponad dwa lata temu napisałem felieton, który dobrze się zestarzał, mimo że nie przewidziałem Polskiego Ładu, który okazał się najbardziej klasycznym przedstawicielem Polnische Wirtschaftu. Dziur w tym obiekcie wściekłości dwóch trzecich Polaków jest niczym rdzawych purchli karoserii i progach pięćdziesięcioletniej łady 2105. Mądrzejsi ode mnie ostrzegali a prowincjonalny felietonista widział to tak: „W błyskawicznym tempie przyjedzie nam teraz skonsumować fantasmagorie rządzących, którzy przeprowadzają na Polakach ekonomiczny eksperyment (…) Gospodarka ma swoją bezwładność i przez długie lata kręciła się siłą rozpędu i od dopalaczy socjalnych transferów. Ale narkotyków nie da się zażywać długo bezkarnie. One uzależniają, a później wyniszczają najsilniejsze organizmy. Stan euforii po zażyciu kończy się zawsze gigantycznym kacem. Zawsze.” Od tych słów minęły zaledwie dwa lata, po których wolałem nie zapisywać się na ulgę dla klasy średniej przy wypłacie, żeby w czerwcu przyszłego roku nie brać kredytu na zapłacenie podatku.

Ostatnio pochłonąłem lekturę faceta, który zżymał się na zachwyty publiczności, że przewidział kryzys finansowy 2008 roku w książce napisanej dwa lata wcześniej. W długaśnym eseju, który popełnił w 2016 roku tłumaczył, że to nie były żadne przewidywania – ten krach musiał się wydarzyć. Był tak oczywisty, jak to, że jutro wstanie słońce. Rozumiem jego skromność, ale pozwolę sobie zwrócić uwagę, że podobnych niemu, którzy wskazywali na ryzyko zawalenia się systemu finansowego Zachodu było raptem trzech. Mówię teraz o libańskim myślicielu Nassimie Nicholasie Talebie, który napisał „Czarnego łabędzia”, a kiedy ta książka stała się światowym bestselerem, którego większość niestety nie zrozumiała i potraktowała jako kolejny poradnik biznesowy, wydał wspomniany wcześniej esej, w którym przewidział, że któregoś dnia linie lotnicze rozniosą po świecie zakaźną chorobę, która da nam popalić. Wybaczcie, nie ma przypadku – w sposobie myślenia tego człowieka, w jego sceptycyzmie i analizach sięgających ewolucyjnych podstaw człowieczeństwa jest jakaś metoda, która – być może – nie tyle pozwala przewidywać przyszłość, ale wskazuje na tropy niespodziewanych wydarzeń, które potrafią odmieniać bieg historii.

Dziś prasa podała, że Biedronka, sklep większości Polaków (choć osobiście wolę Lidla) podniosła ceny artykułów spożywczych, bo się przygotowuje na czasową, inflacyjnotarczową obniżkę VAT. Po prostu jak w lutym ten podatek czasowo zniknie, to towary będą w starych, przedtarczowych cenach i nikt się nie zorientuje.

I od razu przypomniała mi się rozmowa w gronie znajomych, gdzie kilka tygodni temu wspomniałem, że jednym z gorszych pomysłów na walkę z inflacją jest czasowe obniżanie podatków. Że ten temat był przerabiany w innych krajach i zawsze kończył się tak samo – kupcy po zapowiedzi obniżenia podatków zawsze podnosili marże, więc spadek cen zawsze był niższy niż by wynikało z podatkowej ulgi. A kiedy podatek wracał nowe, wyższe marże zostawały, bo tak działają emocje ludzi. Ekonomia jest nauką społeczną dlatego, że dotyczy głównie emocji. Nie rozumnych działań ale właśnie emocji. Skutkiem walki z inflacją za pomocą czasowego obniżenia podatków jest zawsze wyższa ostatecznie inflacja.

I jak w innym felietonie przed laty pisałem, że o polskich reformach ekonomicznych będą pisać w podręcznikach ekonomii to okazało się, że miałem rację. To będzie wielki rozdział o tym jak można wciąż, nieustannie popełniać te same błędy jakie ktoś gdzieś popełnił i na dodatek znakomicie je opisał. Jesteśmy w wielkich tarapatach.

A gdyby mnie zapytali czy będzie najazd Rosji na Ukrainę? Odpowiedziałbym, że nie wiem. Gdzieś racjonalizm każe mi wierzyć, że mamy powtórkę z 1938 roku i putinowską zachętę do nowego Monachium, ale historia uczy, że do eskalacji wojen zwykle dochodziło wskutek dzikiego przypadku. Chaosu. O który w ruskim bardaku nie trudno.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 2-2022
Więcej felietonów: TUTAJ

Najnowsze

To Top