Felieton

Miasta niech rosną jak las (felieton)

Czuję się nieswojo pisząc pod prąd opinii społeczników. Ale jestem głęboko przekonany, że mylą się gdy protestują przeciwko zagęszczaniu miast miejską tkanką. Ale to trzeba wyraźnie odróżnić – chodzi mi miejską tkankę kamienic, domów, placów, szkół, ulic. Nie chodzi mi o miejskiego raka centrów handlowych i dyskontów, narośli parkingów, grzyba magazynów etc.

Niestety – musimy mieszkać blisko siebie. Musimy mieszkać w tłoku. Musimy mieć wszystko na wyciągnięcie ręki. I na dystans krótkiego spaceru. Albo podwózkę autobusem. To jest kwestia odpowiedzialności.

Nie wiem jak dokładnie będzie wyglądała przyszłość… Może będzie dystopijnym konfliktem wszystkich ze wszystkimi, gdzie będziemy zajmować się prostymi egzystencjalnymi problemami – gdzie schować się przed bombardowaniem, albo skąd skombinować coś do jedzenia i picia. Wiem natomiast jak nie będzie wyglądała na pewno – to nie będzie życie takie jak prowadzimy teraz, tylko z zielonymi, ekologicznymi i zeroemisyjnymi zastępnikami towarów, nośników konsumpcji, czy sposobów podróżowania. To się po prostu nie spina.

Gdziekolwiek nie spojrzeć to mamy brak zasobów. Za mało energii, za mało miejsca, za mało wody, za mało nawet głupiego piasku. I chyba jednak za mało czasu.

Ludzie którzy są w wieku w którym bywają ludzie mający wpływ na rzeczywistość – tak zwani decydenci – mają przed sobą jakieś ćwierć wieku życia. Prawdziwe problemy zaczną się – tak się pocieszają – dopiero po ich śmierci. Więc można olać. Jakoś to będzie. Biznes jak zwykle.

Dlaczego więc społecznicy się mylą, gdy protestują przeciwko nowej miejskiej tkance. Bo to tak naprawdę o to chodzi – nie o likwidację „ostatnich skrawków zieleni”, czy zniszczeniu tradycyjnej przestrzeni. Jeśli objawy ludzkiej cywilizacji czyli miasta nie staną się jeszcze bardziej zwarte, co oznacza, że będą jeszcze bardziej betonowe (choć nie muszą na taki wyglądać), to się nie pozbieramy. Miasta muszą – jest mi z tego powodu bardzo przykro – ale muszą rosnąć w górę. I niestety muszą być zabudowywane miejskie odłogi, które w dość naturalny w naszej strefie klimatycznej wypełniły się czasem bardzo intensywną zielenią. Jest mi jej niewymownie żal ale pomyślmy o alternatywie?

Jeśli miasta nie pójdą w gęstość i wysokość, to pójdą w szerokość i rozproszenie.

Ten proces jest tak naturalny jak życie drzew w lesie. Gdy las jest mocny, to drzewa konkurując o światło inwestują we wzrost zwiększając przestrzeń życia i dają nowe nisze dla innych gatunków. Las jest tak cenny dlatego, że nie jest płaski, lecz jest wertykalny. Las korzysta z tych samych zasobów, co teren bezdrzewny a daje sześcian możliwości więcej na życie. Pójście w szerokość i rozproszenie w urbanistyce nazywa się rozlewaniem się miast. Inaczej eksurbanizacją. Natura również zna taki model – dla słabych siedlisk, ubogich w wodę i składniki do życia. Zamiast bogatego lasu (nie mylić z plantacją desek) mamy jednoprzestrzenne, ekstensywnie użytkowane przestrzenie, gdzie reguły gry ustalają drapieżniki. Całkiem brutalne tam toczy się życie o przetrwanie. Nie prawdaż?

Niestety wyewoluowaliśmy nie w puszczy, ale w okrutnym świecie sawanny, więc jesteśmy jak ona. Ale skoro już swoim stylem życia w ciągu dwóch stuleci odmieniliśmy całkowicie oblicze ziemi, tej ziemi w taki sposób, że docieramy do granic egzystencjalnych nie tylko tysięcy wyginiętych przez nas gatunków dzikiej przyrody, ale najprawdopodobniej również swoich własnych, to co możemy zrobić, żeby przygotować się na te gorsze czasy, które bez wątpienia nastąpią?

Musimy się zewrzeć. Musimy mieszkać i załatwiać swoje codzienne sprawy bliżej. Tak, żeby codzienność dało się ogarnąć na nogach. Własnych nogach.

Pracowałem ostatnio nad kwestią wykluczenia komunikacyjnego ludzi, których intencjonalne decyzje polityków pozbawiły dostępu do kolei czy PKS-ów. W skali społeczeństwa to garstka. Kilka milionów ludzi. Ale zdałem sobie sprawę, że przyszłość oznacza wykluczenie komunikacyjne dla dziesiątków milionów. Tych, którzy wprowadzili się do polskich obozów mieszkaniowych wianuszkiem otaczających polskie metropolie. Uzależnionych od dwóch, trzech samochodów na rodzinę. Oni nie potrafili sobie wyobrazić nie tylko porannych korków w jakich spędzają dziś sporą część życia. Oni nie wyobrazili sobie również dwukrotnej podwyżki cen gazu, ani tak samo nie potrafią sobie wyobrazić, że te poranne korki któregoś dnia magicznie znikną, bo wskutek jakiejś wojny wywołanej przez paliowe mocarstwo, któremu w ostatnich latach zapewniliśmy prosperity kupując ropę, gaz i węgiel za bilion złotych, ceny paliw mogą ruszyć w kosmos.

Nie twierdzę, że stanie się to dziś albo jutro. Ale ryzyko opierania swojego życia na dalekich dojazdach samochodem staje się kwestią egzystencjonalną. Ci, którzy wyprowadziliście się na dalekie przedmieścia albo na głębokie zatyłcza pomyślcie – jak będzie wyglądało wasze życie przy benzynie już nie za 8 zł jak parę miesięcy temu pisałem (bo to nas czeka w sierpniu) ale za dwadzieścia za litr.

Zwarte miasta, budowane do góry jak las, są ewolucyjną odpowiedzią na problemy klimatyczne jakie wywołaliśmy. Czy nam się to podoba, czy nie. Wiem, nie podoba. Ale w alternatywnym scenariuszu będzie znacznie gorzej.

A czy w takim gęstym mieście jest miejsce na zieleń? Ależ oczywiście. Ona może być i rosnąć wszędzie. Tylko trzeba chcieć ją posadzić.

Tomasz Tosza

fot. JTBS

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 4-2022
Więcej felietonów: TUTAJ

Najnowsze

To Top