Felieton

Bezkrwawa pięćsetnica (felieton)

Dzisiaj mija pięćset dni od ostatniego śmiertelnego wypadku na jaworznickich drogach. Cztery lata trzy i pół miesiąca od ostatniego śmiertelnie potrąconego pieszego. Ponad dziesięć lat od śmierci rowerzysty, który zginął pod kołami (był zbyt pijany by zatrzymać się na skrzyżowaniu).

Akurat w sobotnie popołudnie wyjaśniałem studentom zasady oceny poziomu swobody ruchu na drogach kiedy na ekranie telefonu pojawiły się powiadomienia z lokalnych grup. Rzuciłem kątem oka, aha… sportowe auto rozbite na skrzyżowaniu Karwety w Jeleniu. Zdjęcia świadczyły, że oba auta się wyklepie. Jednak co dobre hamulce to dobre hamulce.

Komentujący też nie mieli wątpliwości, że grzane było, wrzucając jak ładnie się audi RS prezentowało na placu przed Galeną, gdzie zrobiono wystawkę sportowych autek, o których marzy bardzo wielu panów i pań. Bo drogie, bo jest moc, bo lubimy się pokazać. Nasza drogówka nie miała jednak wątpliwości wręczając mandat za spowodowanie kolizji kierującemu z powiatu gliwickiego. Jego pasażerka tak zrugała go przy funkcjonariuszach, że wjechał na skrzyżowanie bez patrzenia i bez zatrzymywania się, choć znaki stopu w tym miejscu są nie tylko w formie blach na słupkach ale i wymalowane na asfalcie. Cóż. Kolejny kierowca, który treść znaku uznał za niewiążącą sugestię. Dobrze, że audi jednak mocno wyhamowało.

Mieszkam na tyle niedaleko straży pożarnej, że słyszę wszystkie syreny alarmowe, które uruchamiają przy wjeździe niezależnie w którą stronę jadą. Jak jadą z drabiną, to do pożaru, jak bez to zapewne zabezpieczać jakieś zdarzenie. Pytają się mnie ludzie czy mnie to stresuje? Tak i nie. Tak, bo jeszcze nie wszystko zrobione (i pewnie wszystko i tak nigdy nie będzie), tak, bo nawet prymusi bezpieczeństwa ruchu drogowego na świecie mają dwie, trzy ofiary śmiertelne na sto tysięcy osób i gdy zeszli do tego poziomu z dziesięciu to już mniej nie idzie. Chyba ciężko będzie osiągnąć zero ofiar póki ludzie będą kierowali maszynami. Infrastruktura może dużo wymusić i wiele wybaczyć ale mamy cechę gatunkową, która nakazuje nam testowanie krawędzi możliwości i czasem nam to nie wychodzi. Ci, którym nie wyszło nabywają zasłużoną nagrodę Darwina za to, że nie przekażą swoich genów dalej. Ku chwale ludzkości oczywiście.

Wypadki zdarzają się przez przypadek z powodu błędów jakie popełniamy. Więc tak, stresuję się czasem gdy jadą strażacy. Ale z drugiej strony jestem całkiem spokojny. Bo po emocjach włącza mi się racjonalność – statystycznie zdarzają się dwie kolizje dziennie (jak na wsi, bo w miastach potrafi być ich trzy razy więcej dziennie), więc trzeba po nich posprzątać i zabezpieczyć teren. Wypadków w Jaworznie jest półtora na miesiąc. A statystycznie w co dziesiątym w Polsce jest ofiara śmiertelna. Tylko, że w Jaworznie wypadków jest cztery razy mniej niż przeciętnie w Polsce. Statystyka bezlitośnie pokazuje, że w końcu któryś wypadek z rannymi będzie wypadkiem z ofiarą śmiertelną. Dlatego pół tysiąca dni bez takiej tragedii na drogach to i tak więcej niż można oczekiwać od losu i współużytkowników dróg. Gdyby ulice w mieście były takie jak w Polsce to powinniśmy oczekiwać karawanu przy zabezpieczanym wypadku co najmniej osiem razy w roku.

Pocieszające jest, że uspokajanie ruchu zwane kameralizacją ulic działa. Starodroża głównego szkieletu komunikacyjnego miasta zastąpione przez obwodnice są w trakcie przebudowy – Katowicka na Dąbrowie, Grunwaldzka na Pechniku, Krakowska w Byczynie. Zwłaszcza dwa ostatnie odcinki stanowiły zagrożenie. Bo były za szerokie do ruchu, który na nich pozostał. A teraz oba będą wyglądały jak miejskie ulice w Holandii, z pasami dla tych, którzy przesiądą się na rowery kiedy benzyna osiągnie pułap 10 złotych. Akurat oba odcinki powinny być gotowe, gdy paliwo dobije do dychy. A były projektowane w najlepszych możliwych czasach, kiedy zadziwiliśmy wszystkich (i siebie) tym, że nietypowa jak na Polskę geometria ulic wg nordyckiego wzoru przynosi zupełnie inny poziom bezpieczeństwa i komfortu ruchu, a jeszcze ten sukces nikogo nie uwierał.

Myślę, że nawet jeśli się trochę stresuje syrenami, to jednak każdy kolejny dzień przynosi mi większą satysfakcję z tego, że wiem, że istnieje grupa ludzi, którzy wręcz nie mogą się doczekać tego, żeby trupy ofiar zasłały ulice i stały się dowodem, że kameralizacja nie działa. I to tylko taka propaganda była. Potrafię sobie wyobrazić nawet ich frustrację, że nic poważnego nie chce się wydarzyć na ulicach. To musi być przejmujące uczucie. Osiwieć od tego można. A mnie póki co nie idzie zamienianie w szpakowatego.

Pogodziłem się po prostu z tym, że statystycznie w ciągu najbliższych tygodni czy miesięcy ktoś odstawi tak nieprawdopodobnego w pogoni za nagrodą Darwina, że w chaotycznej rzeczywistości znajdzie się w złym momencie w złym miejscu, że kogoś zabije. Jeśli siebie, mniejsza z tym… nagroda wzięta choć każdego szkoda. Ale niewybaczalnym złem jest to, że zrobi krzywdę komuś innemu. Statystyka nieubłaganie pokazuje, że im dłużej nic się nie dzieje, to tym większe ryzyko, że się coś wydarzy.

Póki co każdy dzień w którym nikt nie zginął jest okazją do świętowania. Dziś święto pięćsetdniowe. Życzcie teraz dwóch lat.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 10-2022
Więcej felietonów: TUTAJ

Najnowsze

To Top