Felieton

Wojna chrustu z karnawałem (felieton)

A czy Ty ociepliłeś już swój dom? I byłeś po chrust w lesie? Teraz to już jazda na całego w stronę pierwszego kryzysu energetycznego. Mniejsza o powody, z grubsza są znane – uzależniliśmy się od surowców z Rosji, a teraz – po rozpętaniu wojny – nas one brzydzą. I to prawidłowy objaw. Ale oczekiwalibyśmy od władz publicznych, by do kryzysów były przygotowane… Na pewno są. I przeprowadzą nas przez brak energii tak jak przez pandemię. Bądźmy dobrej myśli.

Kilka lat temu, podczas którejś z inspirujących rozmów z naszym architektem miejskim rzuciłem z głupia frant, że tak naprawdę bezpieczeństwo od braku prądu najbardziej powinny zapewnić sobie nasze wodociągi. W domu pewnie dałoby się i wyżyć kilka dni blackoutu bez energii w gniazdkach, ale bez wody byłoby już ciężko. A żeby woda popłynęła w sieci potrzebne są pompy, które chodzą na prąd. Więc albo jakieś generatory, panele słoneczne, wiatrak, albo magazyn energii by się przydały. Na przykład po to, żeby stojąca w rurach woda podczas mrozów nie zamarzła w sieci, bo wtedy kapa do wiosny. Śmiechu było co niemiara, ale w końcu nas tknęło, że to wcale głupi pomysł nie jest. Czasy idą zbyt niepewne, by nie być na nie nieprzygotowanym.

Na szczęście wróciły kartki na węgiel, jak za okupacji… Ufff… Mają dawać za 996 zł (za tonę) trzy tony na dom, pod warunkiem, że się ma piec na węgiel. Frajerzy, którzy przeszli na gaz albo pellet. Trzeba było myśleć, że kiedyś będzie się równać w dół w kwestii ogrzewania. Aż boję się zadzwonić zapytać ile teraz kosztuje kubik drewna do kominka. A skoro ja zastanawiam się, czy mnie na szczapy akacji stać, to co mają zrobić emeryci, którzy kiedyś za emeryturę te trzy tony mogli kupić, a teraz potrzebują trzech emerytur na jedną pozakartkową tonę.

Myślę, że od listopada zdecydowanie zwiększy się nam tolerancja na smog. Gdy w te paskudne bure dni bez liści i mlecznym niebem jakiś dom zostanie spowity mgiełką dymu… I gdy z zapachu będziemy poznawać czy to przywieźli z Wieczorka czy może Staszica, to wtedy może się pojawić to ukłucie zazdrości, że tego kogoś stać i siedzi w ciepłym zamiast pod kocem.

Ale nie, nie może być aż tak źle. Rządzący na pewno coś wymyślą. Na pewno coś lepszego niż ocieplenie domu kiedy styropian podrożał o 150 proc. Musi być jakiś sposób… Przecież można by postawić więcej paneli fotowoltaicznych, gdyby była lepsza sieć przesyłowa, którą mogliśmy zmodernizować za 60 miliardów ze sprzedaży praw emisji CO2. Na to były te pieniądze, co nie? Albo postawić więcej wiatraków, gdyby się ich stawiania nie zakazało, bo są przecież rakotwórcze i kury się od nich nie niosą. Tu mam nadzieję, że sarkazm jest aż nadto widoczny i nikt mi cytatu z kontekstu nie będzie wyciągał.

A ciągniemy za sobą bagaż karnawału. Gospodarka przez parę lat pięknie się kręciła, a my świętowaliśmy jakby nie miało być jutra i klimatycznej katastrofy. Wystarczyło ostrzeżenia naukowców nazwać lewacką ideologią i załatwione. Zdrowy chłopski rozum zatriumfował. I został nam chrust. I długi, długi post.

Żebyśmy tylko my byli w takiej pułapce… Tacy Niemcy… Oni mieli to świetnie rozplanowane. Ład energetyczny rozpisany na lata, na konkretne działania, projekty. I im się posypało, bo ocenili ruskich swoją miarą – jaki Niemiec mógł pomyśleć, że ktoś może przedłożyć nad brzęczące euro jakąś idee ruskiego miru? Oni się z ideologii wyleczyli trzy pokolenia temu. Uzależnili się od rosyjskiego gazu i teraz zastanawiają się jak wybrnąć bez niego. Tam trwa walka realistów, którzy wolą mieć ciepło w domu, z marzycielami, którzy wolą zmarznąć a Rosjan zagłodzić za rozpętanie wojny. Ale mimo nie rozstrzygniętej walki już mają nowe plany, żeby szybciej odejść od paliw kopalnych. Problem jedynie w tym, że przed zimą nie uda się głównej części tych zamierzeń zrealizować. Na pewno nie przed tą najbliższą zimą.

Moi niemieccy znajomi już szykują się. Zrezygnowali z wakacji, oszczędzają na podwyżki rachunków. Zbawieniem okazał się dla nich miesięczny bilet za 9 euro na cały transport lokalny i regionalny, jaki Niemcy wprowadzili od czerwca. Znajomi, choć mieszkają w centrum i nie muszą często jeździć transportem publicznym już oszczędzili po 150 euro na kosztach podróży. Pojawił się efekt uboczny – pociągi przestały jeździć zgodnie z rozkładem jazdy. Chętnych do podróżowania jest tylu, że jeździ się jak szprotki w puszkach a wymiana pasażerów na przystankach sprawia, że na każdym pociąg „zarabia” minutę opóźnienia. Dostawić dodatkowych wagonów do składów się nie da bo perony są już za krótkie, a nie da się ich szybko wydłużyć. Choć oni o tym myślą. Oni już to planują. Na zmieniającą się rzeczywistość zareagowali z zimną, niemiecką przecież, konsekwencją.

Ale wracając na nasze podwórko… Straszą wyłączeniami prądu. Choć nie wiem czy nie lękać się bardziej kolejnymi cyferkami na rachunkach za niego. Niezłe rozdarcie – nie wiedzieć czy lepiej, żeby prąd był czy by go nie było. Pozostaje mi jedynie nadzieja, że wodociągi mają jakieś alternatywne źródła zasilania pomp… Jestem przygotowany na łapanie deszczówki i topienie śniegu gdyby zechciał spaść, ale taka woda mi najzwyczajniej nie smakuje.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 13-2022
Więcej felietonów: TUTAJ

Najnowsze

To Top