Sport i rekreacja

1200 kilometrów rowerowej przygody

Wisła 1200 to wyjątkowo trudny rowerowy ultramaraton, którego trasa biegnie wzdłuż najdłuższej polskiej rzeki. Kolarze do pokonania mają 1200 kilometrów, a trudna trasa wytyczona jest po nadwiślańskich drogach, szutrach, ścieżkach, skarpach i wałach. W tym roku do rywalizacji przystąpiło także czworo jaworznian. Wśród nich byli Dawid Domagalski i Krzysztof Czupryna, którzy pokonali całą trasę oraz swoje słabości i dotarli na metę.

Extra: To prawda, że tegoroczna edycja Wisły 1200 nie jest Twoją pierwszą przygodą z tym ultramaratonem?

Dawid Domagalski: – Do pokonania Rowerowego Maratonu Wisła 1200 potrzebowałem teoretycznie aż trzech podejść, choć w praktyce dwóch. W 2020 r. nie załapałem się na listę startową, w 2021 roku wystartowałem, ale z powodu kontuzji musiałem się wycofać po ok. 600 km, dopiero 2022 rok dał mi upragniony wjazd na metę w roli „finishera”.

Jak oceniasz trasę, jaką w tym roku przygotowali organizatorzy wyścigu?

– Tegoroczna edycja Wisły 1200 była wyjątkowo trudna z kilku powodów. Trasa biegła tym razem pod górę, czyli od ujścia Wisły do jej źródła. Od samego początku organizator „zadbał” o to, by piąty ultramaraton rowerowy był naprawdę wyjątkowy i na długo zapamiętany przez uczestników. Pierwsza selekcja zawodników nastąpiła w rejonie gminy Lichnowy (ok. 40 km od startu). Droga wiodła przez błotnisty obszar – gliniasta, głęboka maź zaklejała napędy rowerów, blokowała koła, a nawet powodowała, że kolarze tracili w niej obuwie, które jest zwykle świetnie dopasowane do stopy. Najgorsze jednak było to, że ten kilkusetmetrowy odcinek pochłaniał więcej czasu niż przejechanie 30 km po szutrze, a przecież czas w tej rywalizacji gra ogromną rolę. A to dopiero był wstęp do tego, co przed nami…

Organizatorzy podobno nie oszczędzali Was do ostatniego kilometra…

– Na końcu rywalizacji organizatorzy przygotowali taką wisienkę na torcie: mając już w nogach ponad 1100 km, zawodnicy musieli się zmierzyć jeszcze z… Baranią Górą (1215 m n. p. m.) – dopiero po tej „atrakcji” pojawiała się „prosta” do mety w centrum Wisły. Mnie i Krzyśkowi przypadł „zaszczyt” pokonania tej góry w nocy w stroju kolarskim (z dodatkowo ubraną wiatrówką i przeciwdeszczówką). Jak się okazało zjazd z Baraniej Góry z przemarzniętymi palcami, dygocących z zimna, po mokrych kamieniach był wyjątkowo emocjonujący.

Wisła 1200 ma swoją specyfikę i słynie z dużej trudności. Czy podczas wyścigu można korzystać z jakiejś pomocy?

– Ultramaratony rowerowe takie jak Wisła 1200 czy Pomorska 500 opierają się na zasadzie samowystarczalności. Jej uczestnicy są zdani sami na siebie, mogąc skorzystać z pomocy zewnętrznej, ale pod warunkiem, że jest ona dostępna na równych zasadach dla wszystkich zawodniczek i zawodników. Przykładem może być żywienie na stacji benzynowej, albo na tzw. Pit Stopach (miejscach utworzonych przy trasie przez społeczników, czynnych całą dobę od pierwszego do ostatniego zawodnika). Każdy zawodnik jest wyposażony na starcie w tracker GPS, dzięki któremu wiadomo, czy podąża wyznaczonym szlakiem, czy oszukuje i skraca go w optymalnym według niego miejscu. Oczywiście można opuścić ślad rajdu np. w poszukiwaniu noclegu, ale by pozostać w grze, należy na niego wrócić dokładnie w tym samym miejscu. Tymczasem na trasie pojawiają się kolejne atrakcje jak wały przeciwpowodziowe, po których jazda na rowerze daje wrażenie poruszania się na trójkątach, a nie kołach, zdradliwe ścieżki przez łąki (woda gromadząca się w koleinach ukrytych pod trawą gwarantowała wyjątkowo niestabilny grunt do jazdy), leśne trakty, zmieniające się po każdym deszczu w grzęzawisko. Osobny rozdział można by poświęcić drogom wyłożonym płytami betonowymi.

Dlaczego Twoim zdaniem ten ultramaraton jest taki wyjątkowy?

– Wisła 1200 to nie tylko trud sportowej rywalizacji, ale także szansa na poznanie prawdziwie jeszcze dzikiej przyrodniczo Polski. Wisła 1200 to zapierające dech w piersiach krajobrazy, malownicze wschody i zachody słońca, małe wioski, ale i także wielkie miasta, po których poruszanie się zabierało często więcej czasu niż w nieutwardzonym terenie. Wisła 1200 to nie tylko rywalizacja, ale także przykład solidarności. Fajną historię usłyszałem na mecie od jednego z sędziów: na jednej ze stacji benzynowych siedział całkowicie przemoczony i zmarznięty zawodnik, do mety zostało mu jakieś 50 km. Był kompletnie psychicznie rozbity i już miał składać rezygnację z dalszej rywalizacji, gdy na tę samą stację wjechał inny uczestnik, który już wcześniej dotarł na metę, a teraz podążał na dworzec. Podszedł do wspomnianego wcześniej zawodnika i gdy zorientował się w sytuacji, kazał mu ubrać swoją suchą koszulkę finishera, która otrzymał na mecie, kupił nieborakowi ciepłą kawę i ciastko, a potem kazał zebrać się do kupy i skończyć ten wyścig… i ten ukończył go. Jakżeż wielkie było zaskoczenie organizatora, gdy wieszając mu na szyi medal, zobaczył koszulkę, którą powinien otrzymać po zakończeniu wyścigu…

Gratulujemy wspaniałej przygody i przetrwania całej trudnej trasy! Podczas trasy czułeś wsparcie od swoich kibiców?

– Dziękuję mojej kochanej żonie Monice za wyrozumiałość i to, że jest dla mnie niczym trener personalny, dyrektor sportowy, a przede wszystkim wielkim wsparciem. Dziękuję moim synkom Kubusiowi, Wojtusiowi oraz mamie Jadzi za to, że czułem ich kibicowanie. Dziękuję wszystkim bliskim i znajomym, którzy trzymali za mnie kciuki. Dziękuję Krzysztofowi Czuprynie za wspólną rywalizację, a zarazem wspaniałą przygodę i otwartość na moje dziwne i pokręcone podróżnicze pomysły. Do zobaczenia na rowerowych szlakach i nie tylko…

Wywiad pochodzi z gazety: EXTRA 13-2022

Najnowsze

To Top