Felieton

Twarde dane zamiast mitów (felieton)

Też się pocieszacie, że gorzej być nie może? Może. I na pewno będzie. Kombinowałbym już teraz gdzie zorganizować ogrzewalnie dla ludzi dla których zabraknie węgla albo po prostu nie będzie ich stać. I raczej nie w szkołach – rząd już przewidział, że w przypadku gdy nie uda się ich ogrzać, to zajęcia odbywać się będą zdalnie. Jak w pandemii. A ona chyba też ostatniego słowa nie powiedziała.

Koniec. Nie będę już w następnych akapitach kogokolwiek dołował. Co będzie to będzie. Najwyżej będziemy mieć nauczkę, że wybierać należy realistów a nie mitomanów. A jak się wstaje z kolan to najpierw trzeba popatrzeć czy sufit nie jest za nisko, bo potem bardzo boli głowa. Oczywiście niczego się nie nauczymy, bo przyjemniej słucha się bajek od zapowiedzi apokalipsy. Ech… miałem nie dołować.

Dlatego teraz dawka informacji pocieszających. Idą pełną parą przygotowania do konsumpcji kolejnego unijnego budżetu, które to pieniądze od 18 lat pomagają nam zmieniać otoczenie na lepsze. Jaworzno należy do tzw Subregionu Centralnego, który składa się z grubsza z Metropolii i Jaworzna. Związek Gmin i Powiatów tego subregionu opracował diagnozę transportowo-mobilnościową, która zawiera całkiem sporo syntetycznych danych o nas i sąsiadach. Jest dobrze. A miejscami nawet zaskakująco.

Na początku weźmy mity, w tym wciąż słyszany, że Jaworzno niby jest sypialnią. Chcielibyśmy, żeby tak było, bo nie jest – mimo trwającego od kilku lat napływu mieszkańców sąsiednich miast, którzy postanowili zostać obywatelami Jaworzna.

Niech nas nie zmyl i tłok w autobusach jadących rano do Katowic, ani korek na granicy z Sosnowcem – w Diagnozie sprawdzono ten mit korzystając z najbardziej wiarygodnych z możliwych danych – naszych oświadczeń składanych w zeznaniach podatkowych. Jeśli pracujemy poza granicami gminy to mamy prawo do większej ulgi na dojazdy. I co wynika z tego zestawienia? Ponad 70 procent Jaworznian pracuje w Jaworznie. Mało? W powiecie będzińskim pracę w innej gminie znalazło ponad 60 proc. jego mieszkańców. Połowa w pszczyńskim, mikołowskim, bieruńsko-lędzińskim. Wśród miast rdzenia Metropolii jedynie mniej katowiczan i gliwiczan musi daleko dojeżdżać do pracy poza własne miasta. W Sosnowcu i Mysłowicach odpowiednio 38 i 42 proc. I taka jest właśnie przeciętna wartość dla wszystkich. Jaworzno znajduje się w grupie trzech miast z najmniejszą koniecznością podróży za pracą w całym subregionie. A typowe dla miejscowości znajdujących się w obwarzanku są właśnie takie codzienne podróże. Dlatego jeśli ktoś będzie wam wmawiał, że jesteśmy sypialnią, to pluńcie mu w twarz twardymi danymi.

Podobnie jest z edukacją – dzieciaki z Jaworzna nie szukają dla siebie szkół poza miastem.

Zaledwie 13 proc. A średnia dla subregionu to 45 proc. Trzykrotnie więcej. Gdybyśmy mieli słabe szkoły średnie, to pewnie byłoby jak w Sosnowcu (32 proc. uczy się poza miastem) albo w Katowicach (46 proc.). Można więc jechać z przekazem, że edukacja w mieście leży, ale będzie on niezgodny z prawdą – dane mówią dokładnie coś przeciwnego.

Sporo można wywnioskować ze wskaźników motoryzacji, czyli ilości samochodów na tysiąc mieszkańców.

Nasze miasto ma strukturę przestrzenną powiatu ziemskiego, czyli miasteczka otoczonego mniejszymi miejscowościami, a nie powiatu grodzkiego, czyli miasta wypełniającego tkanką zabudowy całe swoje granice. Powiaty ziemskie pełne są aut – wskaźnik motoryzacji przekracza tam sześćset aut na tysiąc mieszkańców, co jest zrozumiałe – ludzie jakoś muszą sobie radzić w luźnej zabudowie. Co innego w zwartych, małych miastach – w nich jest o jedną piątą mniej samochodów. Jaworzno ze swoim wskaźnikiem 581 samochodów nawet nie ma startu do takich Gliwic (715), Tychów (671) czy Katowic (778). Ich wskaźniki są zawstydzające, amerykańskie. A w tej kwestii Amerykanie oferują najgorsze urbanistyczne rozwiązania i nawet sami do tego wniosku doszli i próbują wzorować się na Kopenhadze i zasadniczo urbanistyce zachodnioeropejskiej.

Właściwie to mieszkańców Jaworzna byłoby stać na samochody, żeby ich było tyle co w Gliwicach. Ale nie muszą ich mieć. Wyjaśnienie niskiego poziomu motoryzacji można znaleźć w kolejnej tabeli, która pokazuje dostępność transportu publicznego – ilość przystanków, czyli to jak daleko mamy do autobusów. Dwukrotnie ludniejsze Gliwice mają ich kilka mniej niż Jaworzno – 396 do 406. Trzykrotnie ludniejsze Katowice, do których codziennie podróżuje kolejne sto kilkadziesiąt tysięcy ludzi mają nieco ponad sześćset przystanków. Podobne ludnościowo Mysłowice o połowę mniej niż my. Więc jak będą mówić, że w Jaworznie do przystanków jest daleko, albo jest ich za mało, to można towarzystwo wysłać kopniakiem twardych danych w kosmos. Choć osobiście uważam, że kilka przystanków w naszym mieście jeszcze by się przydało. I pewnie się pojawią.

Tak jak pojawi się przystanek kolejowy na Jęzorze. Tą optymistyczną wiadomością zamierzam zakończyć ten felieton. Po pięciu latach od zgłoszenia idei budowy przystanku koło outletu projekt idzie do realizacji – jesienią PKP ogłasza przetarg na budowę peronów. Będziecie zaskoczeni jak bardzo on będzie Jaworznu potrzebny kiedy GDDKiA na dobrych kilka lat odetnie Jaworzno od Metropolii przebudowując najpierw S1 a potem A4 do trzech pasów. To będzie szok dla wielu, że podróż do Katowic samochodem będzie trwała dziesięć razy dłużej niż pociągiem z Jęzora. Coś czuję, że nawet nie będzie trzeba zachęcać wtedy do korzystania z transportu publicznego. Oby to wagony wytrzymały.

Tomasz Tosza

Felieton pochodzi z gazety: EXTRA 14-2022
Więcej felietonów: TUTAJ

Najnowsze

To Top